Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
sobota, 25 listopada 2017

Bywają dni, choć rzadko
że włóczy się za mną
krok w krok 
zaplątując myśli 

wtedy widzę ją wszędzie

czasem przychodzi nocą
gdy sen powieki zamyka

bywa wesoła
innym razem tonie we łzach
zapłakaną przytulam natychmiast
by rano razem ze snem
niepocieszona nie odeszła.

Ale wena odchodzi…

(Autor nieznany - znalezione w sieci)
 


Tak wygląda kartka rozłożona, tam gdzie jest ten biały karteluszek będzie kartka z życzeniami.


Do wysyłki kartkę można złożyć na płasko i umieścić ją w pudełeczku (tylko najpierw te pudełeczka trzeba sobie zrobić;).

Zdjęcia są marnej jakości, wiem, dałam ciała.
Balans bieli mam źle ustawiony (jeszcze z lata, przy mrocznej pogodzie to się mści, muszę to poprawić).
Dobrałam złe tło, sorry i powinnam zdjęcia zrobić kilka dni temu, kiedy jeszcze słoneczko od czasu do czasu się pokazywało.
Mea Culpa;).


Druga karta jest taka sama, tylko papier ozdobny (środkowa warstwa) jest w kolorze niebiesko - szarym i kwiaty "niby" gwiazdy betlejemskiej są lekko niebieskie.
Nie mam wykrojnika kwiatów poinsecji, więc użyłam innego wykrojnika i zrobiłam je na a'la gwiazdę betlejemską.
Są z foamiranu, łatwo się je robi.
Resztę kartek (mam ich dopiero osiem) sfotografuję jak będzie lepsze światło.
A na razie muszę się wziąć ostro za te kartki, bo jeszcze sporo mi ich brakuje, nie mówiąc o pudełkach w które je się pakuje.

Te wyjazdy sanatoryjne są mi potrzebne i dobrze mi robią, ale strasznie rozleniwiają
Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce, to ja bym ogarnęła pół Mokotowa, ale jak dotychczas, to sama siebie nie bardzo ogarniam;(.
Ale zanim dalej ruszę z tą manufakturą kartkową, muszę dokończyć kalendarz adwentowy dla Wiktorii (jak dobrze, ze druga babcia robi kalendarz dla Stasia;).
Czas zasuwa jak na dopalaczach a ja kręcę się w kółko i nie bardzo potrafię się ogarnąć i zmobilizować.
Dużo sobie obiecałam po tym weekendzie, miałam plany czego to ja nie zrobię, i co?
Ano wnuki też miały plany - chciały być w weekend u babci, a właściwie u dziadka, bo dziadek chodzi z nimi w różne miejsca, które są dla nich atrakcyjne (na lotnisko, do muzeum kolejnictwa na Dworcu Głównym, do muzeum WP itp.).
Przyjechali już w piątek, dziadek z nimi wędruje a ja stoję przy garach.
Niby jedzą co im się pod nos postawi, ale mają swoje ulubione dania, więc je trochę rozpieszczam i gotuję o co proszą.
W końcu kto ma je rozpieszczać jak nie babcia.
Dobrze, ze na noc są zabieranie do domu, przynajmniej się spokojnie wyśpię.
No ale obiecuję sobie, ze od poniedziałku już ruszam z kopyta!

A będzie, jak wyjdzie;).

poniedziałek, 20 listopada 2017

Piętrząc się nad ugorów chętną mu równiną,
Wiatrak, na wszystkie wokół odsłonięty światy,
Poskrzypuje drewnianą w tańcu krynoliną,
A na trawę jak diabeł miota cień rogaty.

Wędrowcze, w jednym miejscu zatkwiony kosturem,
Co znaczą twoje wstrząsy i nagłe podrygi?
Komu kłaniasz się wokół dębowym kapturem?
Z kim tak trafnie rozmawiasz na migi i śmigi?

W co wierzysz? Kogo widzisz nad sobą w lazurze?
Gdybyś się uczłowieczył - jakie miałbyś lica?
Co za stwór się zataił w twej sękatej skórze?
Czym jesteś, oglądany przez duchy z księżyca?

(Autor: Bolesław Leśmian).

Zdjęcia zrobiłam na wyjeździe pierwszo listopadowym w moich rodzinnych stronach.
Proszę zwrócić uwagę, ze zdjęcia są coraz ciemniejsze, są zrobione w momencie jak słońce chowało się za horyzont.

Wczoraj rozmawiałam z koleżanką z Goeteborga, powiedziała mi, ze u nich od rana pada śnieg.
Rozmawiałyśmy w południe, było już ok. 10 cm śniegu, przy temperaturze -1.
A rano proszę! i u nas było biało.
Było, bo teraz już wszystko stopniało.
I dobrze, bo śnieg proszę bardzo, ale w górach, a u nas też może spaść, ale tak około 23 grudnia, by na święta było biało.

Powrót z sanatorium tym razem bezstresowy, bo na pierwszy rzut oka było czysto, a w katy nie zaglądam bo i tak nie miałabym czasu sprzątać, a po co się wkurzać.
W sobotę byłam na kiermaszu, zakupy z bardzo miernym powodzeniem, akurat tego czego szukałam, nie znalazłam.
Po południu poprałam rozpakowane w piątek rzeczy, pochowałam na swoje miejsca i nie ma śladu po pobycie sanatoryjnym.
To znaczy ślad jest, ale we mnie - jestem zmęczona, senna, trochę obolała.
Jest to jednak normalna reakcja organizmu, teraz już o tym wiem, ale na początku  bardzo się takim złym samopoczuciem martwiłam.

Wczoraj zabrałam się do robienia kartek.
Zrobiłam dwie, dzisiaj zrobię do nich pudełka.
Tempo niezadowalające, jak nie przyspieszę, to ostatnie kartki zrobię na Wielkanoc;))).
Moja wina, bo zamiast robić sprawdzone, tradycyjne kartki zabrałam się za tworzenie kartek przestrzennych.
To nic trudnego, ale jak się ma wiedzę jak to zrobić albo znajdzie się w Internecie tutorial na ten temat.
Ale jak się samemu, metodą prób i błędów do wszystkiego dochodzi samemu, to trwa to długo.
Jednak bardzo mnie kręci takie poszukiwanie, odkrywanie, a potem przetwarzanie wszystkiego na swój sposób według tego, co "urodziło" mi się w głowie.
Będzie więc trzeba sprzątać z większego, gotować obiady na skróty, to może wyrobię się na Mikołajki.
Po Mikołajkach to już trzeba zabrać się za przygotowania świąteczne.
A jeszcze w międzyczasie muszę dokończyć kalendarz adwentowy dla Wiktorii.
Prezentów też jeszcze nie mam , ale już wiem, co komu mam kupić i to jest połowa sukcesu;).

środa, 15 listopada 2017

życie jak korale
dojrzałej jarzębiny
smutek z radością
dzielimy na przemian
chwile zwątpienia
sens cierpienia
nanizane to wszystko
na nitkę życia
nie oglądaj się za siebie
ciągle idź póki starczy sił

Autor: Maria Palińska

Do tego czasu, w tegorocznym listopadzie na nudę nie powinnam narzekam.
Bo przecież już od końcówki października dzieje się u mnie dużo.
A mimo to jestem w melancholijnym nastroju (delikatnie mówiąc).
Krótkie dni, a co za tym idzie brak światła, pogoda pod psem, zimni, deszczowo, jak tu wyjść i się dotlenić.
Dzisiaj wyszłam na nieco dłuższy spacer, ale wszystko takie szare, ponure, w parku smutno, czmychnęłam do pokoju, tu przynajmniej ciepło, jasno i można zaczytać się w książce i zapomnieć na ten czas o wszystkim.

Wczoraj rano dostałam złą widomość, z którą szarpię się i zmagam.
Niby mnie bezpośrednio nie dotyczy, ale potrząsnęła mną mocno.
Za dużo ostatnio pogrzebów w moim otoczeniu.

Tym razem wyjeżdżam w piątek, bo w sobotę wybieram się na targi scrapbookingowe, muszę dokupić trochę drobiazgów do moich robótek kartkowych (ekran komputera trochę kolor przekłamuje, wolę więc niektóre rzeczy kupić osobiście.
Wiem, ze powód wcześniejszego wyjazdu jest kiepski, ale obecnie każda okazja jest dobra by być szybciej w domu.
Nie jest mi tu źle, jednak tym razem bardzo już mi się chce do domu.
A więc do poczytania już z domu.

sobota, 11 listopada 2017

Wędruje wiatr alejkami,
Szukając śladów dawnych lat.
Pałac na Wyspie,
Świątynię Diany odwiedził.
Zatańczył między rzeźbami.
Rozbujał gondole na stawie.
Poderwał gołębie do lotu,
Potargał ogony pawie.
Do Starej Pomarańczarni
Zajrzał przez okna,
Wiewiórki gonił po trawie.
W Amfiteatrze zaśpiewał
I rozkołysał stare drzewa.
Ożywił stary, królewski park.

(Autor : Elżbieta Opalińska)



Św. Marcin przyjechał, tym razem nie na białym koniu, bo w Busku dziś słonecznie.
Patrząc przez okno piękna i kolorowa jesień, ale na zewnątrz wietrznie i zimno.
W moim rodzinnym domu w tym dniu była pieczona gęś i rogale z białym makiem i marcepanem.
Natomiast w moim domu 11 listopada, zamiast pieczonej gęsi jest przeważnie pieczona kaczka i jakieś inne ciasto, bo za specjałami marcińskimi ja i moja
rodzina nie przepadamy.
A w sanatorium na obiad będzie co kuchnia wyda, a na deser tort czekoladowo-orzechowy który kupiłam wczoraj.
Jest pyszny i przy każdym pobycie tutaj się nim dosładzam.

Godzinę później.

Słońca już nie ma, chmurzy się na potęgę.
Miałam w planach wyjść i sfotografować resztki złotej jesieni, ale przy braku dobrego światła nie warto nawet wyciągać aparatu.
Wobec tego łóżeczko, kocyk i książka.
Nawet nie wiecie, z jakim ja utęsknieniem czekałam na te wolne dni.
Zabiegi, jeżeli się do nich podchodzi solidnie, to strasznie ciężka praca.
Kto bywa w sanatorium to wie, a kto nie, niech uwierzy w moje słowa … albo niech się sam o tym przekona;).

czwartek, 09 listopada 2017

Liście jesienne leżą po brzegach dróg,
mieniąc się jedną połową tęczy.
Wyglądają jak rozsypane róże wszelkich barw.
W stawie drżą złote plamy.
Rząd drzew odbija się w nim różnie: wierzba - mgłą siwą,
czerwona leszczyna - skrzydłem motyla, topole - ciemnymi kolumnami (…).

(Autor: Maria Jasnorzewska Pawlikowska )

Dzisiejszy dzień, mimo szarzyzny za oknem, miał jaśniejsze oblicze.
Wpisałam się już jako tako w schemat dnia, i mniej mi przeszkadza pilnowanie godzin zabiegów i posiłków.
Oswoiłam się z wielkim łożem, na którym zawsze czuję się jak rozbitek na oceanie  (w domu spanie mam dość wąskie, bo tak lubię).
A przede wszystkim zakwasów już prawie nie mam - wczoraj byłam taka rozbita, ze z trudem podnosiłam łyżkę zupy do ust.

Pogoda nie zachęca do spacerów, ale w pokoju jest ciepło i przytulnie, ze z przyjemnością w nim przesiaduję i czytam „Z moich wspomnień” Marii Małgorzaty z Radziwiłłów Potockiej.
Książka bardzo ciekawa, aczkolwiek dość ciężko się ją czyta.
Ciężko dosłownie, bo to wielkie tomiszcze, ale również dlatego, ze ma sporo przypisów.

Wczoraj, pan który jada ze mną kolację, zaprosił mnie na wieczór śpiewu pieśni patriotycznych.
Odmówiłam, bo jestem bardzo na bakier w tego rodzaju utworami, chociaż znam je doskonale.
Pan był zbulwersowany, jak tak można!;).
Żeby Was nie bulwersować wyjaśniam, ze mój ojciec był wielkim miłośnikiem Piłsudzkiego, więc wszelkie pieśni legionowe i patriotyczne nie były mu obce.
Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie próbował z nas (z brata i mnie, bo 10 lat młodszemu bratu dał już spokój)  też zrobić piłsudczyków ucząc nas tych pieśni na siłę i każąc nam je przy wszelkich okazjach śpiewać.
Awersję do tych utworów mam do dziś;(.

wtorek, 07 listopada 2017

Tak, to już listopad, drzewa gubią liście,
mgły się spowiadają polom o poranku,
niejedno się czoło pochyla w pokorze,
świat zastyga w szarość u podnóża czasu.

Tylko, gdzieś na moment, liściem zakołuje
wiatr przelotny figlarz, pewien swoich racji,
ptakom pióra głaśnie, w pustkę wpadnie echem
i kałuże chłodem na perłowo zaszkli.

Przycicha natura w odpoczynku słusznym,
ale zawsze trzyma dla Ciebie błysk piękna,
spina w całość życie logicznie w rytm serca,
jakby chciała uśmiech ze spokojem zjednać.

(Autor: Maria Polak).

Dzisiaj rano nie było już tak kolorowo jak się wczoraj zapowiadało..
Po gimnastyce zwanej szumnie kinezyterapia neurologiczna (ćwiczenia stare, nazwa nowa;) bolały mnie barki i mięsień piersiowy.
Byłam rozbita i nie wyspana (chociaż spałam 9 h.) do tego stopnia, ze poszłam w kapciach na śniadanie.
Niby nic nadzwyczajnego, bo wielu kuracjuszy przychodzi na stołówkę w kapciach, ale mnie zdarzyło się to pierwszy raz, chociaż przyjeżdżam tu prawie
dwadzieścia lat.
Prosiłam rehabilitantkę, by potraktowała mnie dzisiaj ulgowo, ale nic z tego.
Dołożyła mi kolejne ćwiczenia, oj, będę ja miała jutro „jesień średniowiecza”:(.

Poza tym jest miło ale czas za szybko płynie.
Na posiłkach tym razem jest ok.
Śniadania jadam sama, bardzo dobrze, bo wtedy nie jestem jeszcze całkiem dobudzona.
Na obiad przychodzą dwie panie, z którymi kiedyś już siedziałam przy wspólnym stole (śniadania i kolacje jedzą we własnym zakresie).
Na kolację przychodzi pan, który śniadania i obiady jada na pierwszej zmianie, kolacje woli jeść później.
Jest bardzo miły, bo się mało odzywa, a to mi bardzo pasuje.

Wypożyczyłam dwie książki.
„Dwór w Haliniszkach” Emmy z Jeleńskich Dmochowskiej i „Z moich wspomnień” Marii Małgorzaty z Radziwiłłów Franciszkowej Potockiej.
Wydają się być interesujące, a jakie będą okażę się w czytaniu.

ps. a gardło drapie mnie dalej. Dziwne, ze tylko wieczorem. Może tutaj jest za suche powietrze, bo u mnie w domu nawilżacz z oczyszczaczem powietrza jest włączony jak tylko zaczęły grzać kaloryfery. Muszę rzucić na kaloryfer mokry ręcznik.

poniedziałek, 06 listopada 2017

nad spłowiałą zielenią drobne tęsknoty
wtulone w kwiaty astrów
przysiadły rosą brylantowe poduszki
by błyszczeć w słońcu
i spurpurowieć na liściach
winobluszczu

melancholia
przeplotła się struną dźwięczną
między krzewinkami wrzosu
jesiennie potrącana wiatrem
snuje anielskiej harfy brzmienie
bez partytury i patosu
tak przypadkiem
od niechcenia

astrów alabastry
hołdują przemijaniu
w soczystych barwach
jak z żurnala jesiennej mody
pod niebem koloru lapis-lazuli
sentymentów kwietnych
ostatnie barwne
korowody

(Autor: Zofia Szydzik).

Jestem od wczoraj na miejscu, zdążyłam się spakować, nic nie zapomniałam, podróż szybka i miła, dopiero na miejscu zaczęły się zgrzyty.
A już wydawało się, ze wszystko jest na dobrej drodze, ze zrozumieli jak się organizować by funkcjonowanie przyjęć kuracjuszy było poprawne.
Nic z tego, przed recepcją kolejka, przed izbą przyjęć kolejka, przed gabinetem dietetyczki kolejka, ludzie nerwowi, kłócą się – zachciało mi się uciekać, tylko nie było jak, bo syn już odjechał;(.
A jak wieczorem przynieśli mi „skopany” plan zabiegów to się wściekłam, wzięłam Pramolan i poszłam spać.

Dzisiejszy ranek był już dużo lepszy, poszłam do dziewczyn z planowania poprawiły mi plan zabiegów i jest git.
Śpię sobie do 08.00, o 08.50 mam śniadanie, później mam 6 zabiegów (ostatni o 13.00) a o 14.00 mam obiad.
Później już święty spokój.
Postaram się pisać często i wyczerpująco, ale na dzisiaj tyle, bo czuję, ze drapie mnie gardło.
Wezmę gorący prysznic, łyknę Gripex i zapakuję się do łóżka, bo żadna infekcja nie jest mi teraz potrzebna.

piątek, 03 listopada 2017

Witaj Fryderyku.
Tak Ci ładnie
pod tą wierzbą...
Pewnie wciąż śpiewa
Tobie o Ojczyźnie
deszczowym Des-dur i G-moll
pełnym niecierpliwości
gdy losy jej przez burzę
i niepokoje wiodą.
Twoje preludia Monsieur Chopin...
Może opowiada też
o Żelazowej Woli koncertach,
konkursach,3-cim preludium G-dur,
o młodzieży grającej
z zachwytem Twoją muzykę?
I...że duma nas rozpiera
iż podziwia ją świat, cały świat...
A wtedy wszystko jest muzyką,
Ty to wiesz...
A taki spokój w Tobie
pod tą wierzbą...
Tylko wiatr w gałęziach gra!
Choć odwiedzają Cię tłumy, ciągle tłumy
Mistrzu Fryderyku...
Dotykając śladów pamięci
w historii zdarzeń...

(Autor: Krystyna Pilecka)

Wróciliśmy wczoraj.
Podróż bardzo trudna, cały czas padało, mnie co prawda zbytnio nie zmęczyła, bo jak tylko wjechaliśmy na autostradę opuściłam fotel, przykryłam się kurtką i przespałam prawie całą podróż.
Ale jak się rozpakowałam, nieco ogarnęłam mieszkanie, bo koty gospodarowały w nim bez skrępowania, to padłam jak mucha i spałam już o 21.00, podczas, gdy zazwyczaj chodzę spać po 24.00.
Dzisiaj zrobiłam pranie, bo po podróży trochę się nazbierało, rzuciłam farbę na odrosty i … znowu jestem padnięta.
Przyda mi się tym razem ten pobyt w sanatorium jak nigdy dotąd.

Po święcie pierwszo listopadowym refleksje takie jak ostatnimi laty.
Poraża jak potwornie pozbawione jest gustu nasze społeczeństwo.
Znicze o przeróżnych kształtach (np. zegarów kominkowych, latających talerzy a także opalizujące tak, ze oczy trzeba mrużyć, kule.
No i sztuczne wieńce – w tym temacie jest jeszcze gorzej niż ze zniczami.
Dobrze, że Brat (młodszy) ma podobny gust do mojego i też nienawidzi jak się z grobu robi choinkę.

Jutro się pakuję.
Syn, który mnie zawozi, rano delikatnie zasugerował mi, ze mogę nie zdążyć.
Wie, że matka w przeddzień wyjazdu gubi się i zamiast się pakować, to chodzi i jęczy "co jeszcze mam z sobą zabrać";).
Mam nadzieję, ze tym razem nie będzie tak źle, zdążę się spakować i niczego nie zapomnę;).

No to do poczytania już z Buska.