Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
poniedziałek, 23 października 2017

Jak nie kochać jesieni, jej babiego lata,
Liści niesionych wiatrem, w rytm deszczu tańczących.
Ptaków, co przed podróżą na drzewach usiadły,
Czekając na swych braci, za morze lecących.

Jak nie kochać jesieni, jej barw purpurowych,
Szarych, żółtych, czerwonych, srebrnych, szczerozłotych.
Gdy białą mgłą otuli zachodzący księżyc,
Kojąc w twym słabym sercu, codzienne zgryzoty.

Jak nie kochać jesieni, smutnej, zatroskanej,
Pełnej tęsknoty za tym, co już nie powróci.
Chryzantemy pobieli, dla tych, których nie ma.
Szronem łąki maluje, ukoi, zasmuci.

Jak nie kochać jesieni, siostry listopada,
Tego, co królowanie blaskiem świec rozpocznie.
I w swoim majestacie uczy nas pokory.
Bez słowa na cmentarze wzywa nas corocznie.

Tadeusz Wywrocki

Złota jesień w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie.

Jesienne maki, które spotkałam w pwsińskim botaniku.

Zdjęcia wklejałam w piątek rano, wtedy jeszcze bezapelacyjnie można było jesień kochać.
Później zadzwonili znajomi, ze nas odwiedzą.
Zatem pisanie bloga musiało jeszcze trochę poczekać, bo ja rzuciłam się w wir gotowania i pieczenia.
Tydzień się skończył, goście wybyli, złota jesień odeszła.
Zaczął się nowy tydzień, dla mnie trudny, bo będę musiała zagęścić ruchy …
Ale naszedł mnie straszny leń i zamiast zwiększyć aktywność życiową, drzemię sobie po kątach.

W sobotę (albo w niedzielę) wyjeżdżamy (Ślubny i ja oraz córka z Rodziną) na groby.
Wracamy w czwartek a w niedzielę (5.X) wyjeżdżam do sanatorium.
Wobec takiej konfiguracji podróżowania logistyka przygotowań, i pakowania się musi być bardzo przemyślana, i zapięta na ostatni guzik.
Te wyjazdy długo stały pod dużym znakiem zapytania, ale Pan Maciek rehabilitant  naprawdę potrafi czynić cuda.
Długo trwały jego zabiegi (przeszło trzy tygodnie), ale wreszcie postawił mnie na nogi.
Przynajmniej na razie, bo rezonans magnetyczny jednoznacznie mówi, ze coś z tym trzeba zrobić.
Zobaczymy co powie na to mój sanatoryjny lekarz prowadzący.
Mam do niego zaufania, bo to dobry „fachowiec” i to on pomoże mi podjąć decyzje - co dalej.

Kręgosłup wymęczył mnie tym razem solidnie i długo, co było dla mnie niemiłym zaskoczeniem.
W domowych pieleszach, kiedy siedziałam (krótko) lub leżałam bez gwałtownych ruchów, albo kiedy snułam się po domu, było jako tako.
Jednak kiedy wychodziłam z domu, to moje „wyjście” polegało na wyjściu klatki schodowej i dojście kilka kroków do samochodu.
O poruszaniu się po mieście publicznymi środkami lokomocji mowy nie było.
To „uziemienie” w domu miało również dobre strony – tyle przetworów nie miałam zrobionych w żadnym z poprzednich lat;).

Medal „Za długoletnie pożycie małżeńskie” przyznany nam przez PAD został przesłany do Prezydenta m.st. Warszawy – Hanny Gronkiewicz – Waltz.
Kiedy przyszło ponowne zaproszenie po odbiór, moje unieruchomienie mnie, było dostatecznym usprawiedliwieniem przed Ślubnym – nie idą , bo nie mogę, idź sam.
Faktycznie, lepiej przełknął to – nie idę , bo nie mogę, niż poprzednie – nie idę, bo nie chcę.
W końcu Ślubny na uroczystość wręczenia zabrał z sobą córkę i wnuczkę i poszli w trójkę.
Ślubny odebrał za siebie, córka odebrała za mnie.
Mam więc w domu coś, czego nie chciałam, nadane przez osobę, której nie szanuję.

Nie wiem co w niektórych ludziach siedzi, że przywiązują tak dużą uwagę do błyskotek, tym bardziej, że tych błyskotek zawodowych mają pełną szufladę.
I nie dałam sobie wmówić, że to nie błyskotka, tylko symbol.
Dla mnie symbol wspólnego pół wieku razem jest właśnie ten CZAS, to pięćdziesiąt lat… a nie żaden papierek czy kawałek blaszki na wstążce.

czwartek, 05 października 2017

Ramiona gwiazd
obracają się i skrzypią
Na rozstaju mlecznych dróg
jezuski frasobliwe w kapliczkach
odurzone zapachem floksów
w kolorze fuksji
zapomniały o bożym świecie
Toczy się wielki wóz
zaprzężony w cztery jednorożce
Na sianie zasnęły utrudzone dniem
pulchne madonny z dzieciątkami
Śnią im się rajskie jabłuszka
W mojej kieszeni szeleści
srebrny księżyca papierek
i grają kolorami na szczęście
łuski wigilijnego karpia
Jestem wiecznym wędrowcem
szukam swojego miejsca
tam na ziemi albo tu
w niebie

Autor: Ruth Porter 

Złota jesień się popsuła.
Mój kręgosłup też się popsuł.
Rehabilitacja nie daje poprawy, Pan Maciek jeszcze próbuje, ale już wspominał, bym się rozejrzała za miejscem, gdzie najszybciej można zrobić rezonans magnetyczny.
Badanie oczywiście prywatnie, bo na fundusz już dawno się na badania pieniądze skończyły.
Akurat nastał czas cokwartalnych badań kontrolnych.
Nie cierpię latać po laboratoriach i lekarzach a jeszcze z bolącym kręgosłupem, kiedy trzeba co kawałek przysiąść lub przykucnąć, to jest makabra.
Mimo tej nie komfortowej sytuacji nie traciłam humoru i dobrego samopoczucia.
Aż do dzisiaj.
Rychło rano telefon, ze nie żyje moja Bratowa, żona starszego Brata.
Z Bratem kontakt miałam sporadyczny, najczęściej spotykaliśmy się 1 listopada przy grobie Rodziców i mówiliśmy sobie „dzień dobry”.
Ale Bratową lubiłam, przy okazji spotkań rozmawiałyśmy ze sobą.
Jutro po południu jest pogrzeb.
Ja rozumiem, ze jak najbliższych dopada taka tragedia, to trudno im racjonalnie zaplanować uroczystości pogrzebowe.
Ale dalsza rodzina musi przecież też się jakoś przygotować, wziąć urlop, przejechać 360 km i wrócić z powrotem do domu.
Mnie wyłączyło się myślenie, ale dzieci na szczęście się ogarnęły i wyjazd zaplanowały.
Jedzie Syn z Synową, Ślubny i Córka.
Ja nie jadę i jest mi z tym bardzo źle.
Może i bym jakoś w samochodzie te 360 km wytrzymała, ale NA PEWNO bym z tego samochodu o własnych siłach nie wysiadła.
Abstrahując od tego, ze zostanę w rodzinie czarną owcą, która to nawet nie raczyła oddać ostatniej przysługi Bratowej, jest mi po prostu bardzo ciężko, smutno i źle.

sobota, 30 września 2017

 Czym pachnie jesień?
 Grzybami w lesie.
 A grzyby czym pachną?
 Wiem:
 Gorzko.
 Ziemią i mchem.
 A ziemia czym pachnie?
 Igłami sosen.
 A sosny?
 Sosny? Wrzosem.
 A wrzos?
 Miód przypomina.
 A miód?
 Jak łubin i koniczyna.
 A koniczyny?
 Sianem pachnące.
 A siano?
 Trawą na łące.
 A trawa?
 Pachnie rosą i deszczem.
 A deszcz?
 Deszcz pachnie lasem - i czymś jeszcze.
 Deszcz pachnie smutno, aż płakać chce się.
 Deszcz pachnie
 jak jesień.

(Autor: Joanna Kulmowa).

Jutro już październik…
Trudny był dla mnie ten miniony tydzień.
Choć za oknem gości piękna złota jesień na którą tak czekałam siedzę w domu i jęczę.
Ból kręgosłupa (a właściwe nogi nie przechodzi, mimo interwencji złotych rąk Pana Maćka, rehabilitanta.
Ponieważ czas był zrobić porządek na miejscu spoczynku Pichandry i Bandyty udało się Ślubnemu wyciągnąć mnie do Konika.
Przy porządkowaniu grobu wszystko było ok., bo to było robione w kucki.
Dałam się więc wyciągnąć na spacer do lasu.
A w lesie zatrzęsienie grzybów (nie wiem czy jadalnych, czy nie, bo się na tym nie znam;) ale ładne były, więc je fociłam a to klękając a to przykucając.
I w ten sposób pospacerowaliśmy sobie dość daleko.
Schody zaczęły się dopiero w drodze powrotnej jak się wyprostowałam.
Wracałam płacząc i przeklinając na przemian a w dodatku co kilkadziesiąt kroków robiąc figurę z jogi „psa z głową w dół" co znosiło na chwilę dojmujący ból.
Dobrze, ze ludzi w tym lesie nie było, bo wyglądało to co najmniej dziwnie;).
Jak usiadłam w samochodzie z odpowiednio ustawionym fotelem  o bólu zapomniałam.
I tak jest cały czas – mogę siedzieć (odchylona nieco do tyłu), mogę leżeć, mogę w miarę swobodnie krzątać się po mieszkaniu (najlepiej sprzątać, bo się wtedy schylam i jestem w ciągłym ruchu co mi dobrze robi).
Nie mogę stanąć dłużej wyprostowana, i nie mogę chodzić (no bo człowiek wtedy też jest wyprostowany).
Pan Maciek mówił, ze to nic poważnego (ale bolesnego;) bo mam coś tam zablokowane (mówił co ale nie zapamiętałam, bo akurat mi wtedy próbował odblokować to miejsce i się strasznie darłam, bo ból był okrutny.
Więc do końca mi nie odblokował, dalsza część tortur będzie w poniedziałek.

W piątek byliśmy z Wiktorią u dentysty.
Ale to małe piwko, bo dziecko nie boi się ani dentysty ani lekarza, bez problemu dała sobie wyleczyć dwa zęby, za tydzień następne dwa.
Na przykładzie Wiktorii i Stasia można zobaczyć, ze dzieci nie straszone lekarzem i dentystą dają sobie spokojnie wyleczyć zęby, zaszczepić się, czy pobrać sobie krew.

Za to Felek znowu zaczyna się dziwnie zachowywać tzn zaczyna być agresywny.
W czerwcu robiłam mu rezonans magnetyczny, żadnych zmian w mózgu wtedy nie znaleziono.
Weterynarz kazał kota obserwować, ale pocieszającej prognozy nie miał.
Jak nie kijem go, to pałą, nigdy na jednym problemie nie może się skończyć;(.

poniedziałek, 25 września 2017

Melancholia z twarzą skrytą
W cieniu słomianego kapelusza
Przysiadła na kamiennych schodach.
Kolana przykryła spódnicą pomalowaną jesienią.
Opaloną dłonią podparła zamyślone usta.
W naftowej lampie płomień lata zgasły
Pożegnania suche, jak liście
Plączą kłamstwa w nagich pnączach.
Słońce flirtuje z przygaszoną czerwienią
I ociąga się z odejściem za jezioro.
Przez przedwieczorną mgłę
Wijącą się pośród szuwarów
Ostatnich kryształowych łzach
Rozszczepiają się nieznane wymiary
Dziwnie pociągające i lśnią obiecaniem
Jak celofanowe papierki tulące słodycz lata
Pod kloszem wspomnień...

(Autor: Ela Celejewska).

Lubię jesień, ale nie oczekiwałam jej zbyt nachalnie.
Chciałam jeszcze nacieszyć się końcówką lata, które w tym roku zbytnio nas nie rozpieściło.
Jeżeli już miała przyjść jesień to ta złocist – rdzawa, z kroplami rosy w chłodne poranki, z łagodnym słońcem w południe i z wieczornym zapachem umierających liści, ziemi przesiąkniętej deszczami i dymem z palonych chwastów w sadach.
Ten zapach można poznać wszędzie i zawsze z zamkniętymi oczami.
A przyszła jesień chłodna, mokra z bardzo rzadkimi przebłyskami słońca.
Ale jako, ze automat do ogrzewania kaloryferów włączył się w tym roku stosunkowo wcześnie i w mieszkaniu zrobiło się ciepło i przytulnie jakoś mi ta obecna aura za oknem nie przeszkadza.
W mieszkaniu pachnie ostatnim już pokosem ściętej mięty, która suszy się nad kuchenką i przetworami z pomidorów, które przerabiam od kilku dni.
Ślamazarnie mi tym razem ta manufaktura wychodzi, bo kilka dni temu strzeliło mi w kręgosłupie dość poważnie, bo z promieniowaniem bólu w całej nodze.
Jak siedzę/leżę w odpowiedniej pozycji to nie boli, jak się ruszę i wstanę, to przez piętnaście minut, zanim sprawy nie rozchodzę, boli potwornie.
A Pan Maciek od naprawiania mojego kręgosłupa będzie dopiero gabinecie w czwartek.
Wracając do aury, powiadają, ze podobno klimat tworzymy my sami niezależnie od czasu i miejsca.
Mnie na razie jakoś kiepsko to wychodzi, jestem podszyta melancholią i jesiennym dumaniem, letnia radość uleciała razem z babim latem, którego w tym roku nie było.
Myślę, ze mogłabym dogonić i schwytać ją, ale … mi się nie chce, bo w sumie dobrze mi w tej melancholii…

niedziela, 17 września 2017

Dalia, choć przykro rzec - to podobna jest do cebuli
Nie huśta jej nawet dziecko, ni pies jej nie utuli.
Dalia w piwnicy mieszka i marzy... o Bóg wie czym:
o wiatru figlach i grzeszkach o deszczu...
o kocie pstrym... ( o kocie co się ogrodem wałęsa,
i parę długich rzęs ma, i nosem kwiaty trąca, i podśpiewuje - z gorąca).
Dziś jestem jak dalii cebula: Na wiosnę czekam w piwnicy.
Czy ja się jeszcze rozhulam?
Czy przyjdą kolędnicy?
Gdzieś tam, na przykład w Australii człowiek by kwitł i kwitł,
a tu - takiej wielkiej dalii - świat cały nagle zbrzydł.
Ach przytul mnie, przytul Mieciu, ach, tak mi dziś cebulkowo...
Pomyślę o tobie w lecie, gdy dalią będę pasową.

(Autor: Agnieszka Osiecka).

Połowa września za nami, dni ciągle szare, chłodne i deszczowe, straciłam już nadzieję na tegoroczną złotą jesień.
Szkoda, bo chciałoby się widzieć jesień tylko taką, jaka jest ona na obrazach Van Gogha - całą w kolorach czerwonych i żółtych, z kropelkami rosy błyszczącymi się w słońcu.
Może październik przyniesie nam szansę na jesień tonącą w barwach brązowo-czerwonych, złotych i rdzawych, na jesień słoneczną i pogodną.
Na razie panuje późny listopad i więcej w tej jesieni Staffa niż Van Gogha…
Za oknem zrobiło się spokojnie i cicho.
Ta cisza jesienna jest na swój sposób pełna dźwięków – krople deszczu bębnią o parapet okna, szeleszczą spadające licie, gwiżdże wiatr, w konarach drzew wróble odbywają swe hałaśliwe wiece, jakby naradzając się jak przetrwać kolejną zimę.

Zaczęło się wrześniowe szaleństwo grzybobrania, bo obrodziły w tym roku.
Znajomi zapraszali do siebie na grzybobranie, ale … nie chce mi się.
Może gdyby była inna pogoda, a tak co to za przyjemność ganiać po lesie i strząsać sobie z gałęzi krople deszczu za kołnierz.

W minionym tygodniu miałam zrobić jeszcze trochę przecieru pomidorowego i keczupu, ale … mi się nie chciało.
Pomidory i papryka czekają na balkonie.
A ja czekałam aż wróci energia, wena i inwencja twórcza, a wrócił leniu nierobus.
Siedzę pod kocem obłożona kotami i z upodobaniem słucham Vivaldiego j jego Czterech Pór Roku.
Kiedy koty okazują już rozdrażnienie nadmiarem muzyki, wyłączam muzykę i czytam.
Egzystencja całkiem przyjemna, ale zimą a nie w połowie września.

wtorek, 12 września 2017

Dorastamy do twojej wiedzy,
Wysokiej wiedzy solarnej,
Kwiecie, który Słońce za wzór bierzesz!
Z dawna już kręgiem nasion
Chóralnie szeptałeś
O ciemnym jądrze słonecznym,
A koroną złocistych płatków,
O fotosferze.
Dzikie, korzenne tchnienie
Z bliska cię osnuwa:
Może to zapach Słońca,
Który ty przeczuwasz?

(Autor: Maria Pawlikowska – Jasnorzewska).

Kiedy po dwóch, trzech dniach pogodnych i słonecznych wstępuje we mnie nadzieja na złotą jesień, to aura robi mi psikusa i przez kilka dni zimno, ciemno, wieje, leje.
A mam wielką chęć na wyprawę do Ogrodu Botanicznego by zapuścić się w dział sadowniczy i tam spacerując wśród owocowych drzew wdychać zapach dojrzałych śliwek i przypominać sobie smażenie powideł w mim rodzinnym domu.
Natomiast zapach jabłek przenosi mnie do spiżarni rodziców, gdzie na półkach leżakowały kosztele, niezwykle aromatyczne  koksy i kronselki, które zjadało się w pierwszej kolejności bo to odmiana letnia.
Na razie siedzę w domu, humor ma kiepski, szczęka mnie jeszcze boli, nachodzi mnie myśl, że trzeba było słuchać swojej intuicji.
Jutro wizyta u stomatologa, zobaczymy co powie.

Od Internetu mnie odrzuca, wena mnie opuściła, pomysłów i inwencji brak, energii też brak.
Wyciągnęłam książki Isabel  Allende i po kolei czytam, obecnie „Córkę Fortuny”.
I czekam.
Aż wróci energia, wena, inwencja.
A przede wszystkim złota, słoneczna jesień.

środa, 06 września 2017

... ale mam stracha.
Słusznie mówi się, ze człowiek stary jest jak dziecko.
Nawet gorzej, bo Wiktoria wizyty u dentysty się nie boi a ja się dzisiaj boję.
Nie boję się bólu, bo wiem, ze wszczepienie implantu nie boli, ale bardzo nie lubię słuchać wiercącego wiertła w mojej szczęce.
Straszny odgłos:(.
A jeszcze na dodatek wczoraj, powiedziała mi sąsiadka, że w tym wieku wydawać tyle pieniędzy na zęby to jest głupota.
Jakoś nie mogę się z tym zgodzić i uważam, ze właśnie starzy ludzie powinni dbać, aby nie mieć problemu z gryzieniem i przeżuwaniem.
Zupki i deserki typu "Gerber" na dwa dni zakupione, a więc z głodu nie zginę.
Zimne okłady mrożą się w lodówce, Nurofen też w domu jest.
Żeby tylko nie było tak, jak poniżej;).

Edytowane godz. 18.00
Jestem już w domu, głupia baba ze mnie, jak już siedziałam na fotelu to serce ze strachu chciało mi gardłem wyskoczyć.
Dobrze, ze to 10 -15 min. roboty i po wszystkim.
Znieczulenie już odchodzi i trochę zaczyna pobolewać, wzięłam Nurofen i myślę, że będzie dobrze.
A dzisiaj na kolację jem lody, moje ulubione, akurat przypadkiem trafiłam na nie wczoraj w Super Samie;).


poniedziałek, 04 września 2017

Kryją się po kątach
by łezka na nie nie spadła
płomyczki spalonych nadziei
rzeczy i inne dziwadła
i kręcąc się pod nogami
smutne figle płatają
dziwne, urocze, niewinne
rodzą się – umierają
pomiędzy włosami skaczą
biegną  pomiędzy palcami
z najskrytszych myśli wychodzą
chowając się sprytnie przed nami
a gdy je dzień już znuży
lecą w przestworza, w nieznane
wszystkie te niezwykłości
wszystkie dziwadła kochane.

(Autor: „Silentia”).


Te dziwadła można spotkać w Ogrodzie Botanicznym przy Al. Ujazdowskich w Warszawie.

Początek września to już nie w pełni lato, ale jeszcze nie jesień (choć wczoraj i dzisiaj łatwo można by się tej jesieni dopatrzyć;).
Ten czas nazywa się poleciem, czyli schyłkowe lato.
Skończyły się wakacje i okresy urlopowe, córka wróciła (po urlopie macierzyńskim) do pracy, wnuczęta do żłobka i przedszkola.
A ja założyłam ciepłe skarpetki i sweterek z długim rękawem, siedzę przy poobiedniej herbacie a za oknem … głęboki listopad, szaro, jakby zmierzchało.
I wcale nie ciągnie mnie na spacer, a w głębi ducha cieszę się, ze mam koty a nie pieski, i że nie muszę wychodzić z nimi na spacer.
Koty są ospałe, jeden z kanapy prawie nie wychodzi, drugi nie schodzi mi z kolan.
Mnie też dopadł leniu-nierobus, ogórki zakupione w sobotę tęsknią żeby znaleźć się w słoikach, a same jakiś nie chcą tam zawędrować.
To wyciszenie jest nawet przyjemne, zastanawiam się czyby nie włączyć kaloryfera olejowego, nie zapalić świecy o zapachu jabłuszka, wyjąć ciepły pled i grubą książkę („Płomienna Korona” E. Cherezińskiej) zakupioną na jesienne wieczory.
Zamknąć się w domu, i odciąć się od pośpiechu, zgiełku i politycznego jazgotu.
Bardzo to kuszące, jednak zaufam wrześniowi i poczekam na polską złotą jesień.
Może się doczekam;).

piątek, 01 września 2017

Ramiona gwiazd
obracają się i skrzypią
Na rozstaju mlecznych dróg
jezuski frasobliwe w kapliczkach
odurzone zapachem floksów
w kolorze fuksji
zapomniały o bożym świecie

Toczy się wielki wóz
zaprzężony w cztery jednorożce
Na sianie zasnęły utrudzone dniem
pulchne madonny z dzieciątkami
Śnią im się rajskie jabłuszka

W mojej kieszeni szeleści
srebrny księżyca papierek
i grają kolorami na szczęście
łuski wigilijnego karpia
Jestem wiecznym wędrowcem
szukam swojego miejsca
tam na ziemi albo tu
w niebie

Autor: Ruth Porter.

Jeszcze wczoraj piękne słońce, łagodne ciepło, cisza i spokój wokoło, zapach kwitnących floksów.
Przyjemnie, błogo, kojąco…
Byłyśmy wczoraj w trójkę (córka, wnuczka i ja) w Ogrodzie Botanicznym.
Córka i ja chciałyśmy sobie co nieco przemyśleć (to miejsce, szczególnie w dzień roboczy, jest do tego idealne), Wiktoria, nie miała nic do przemyślenia, po prostu lubi tam bywać;).
Tam już jesień dużo bardziej rozpanoszyła się niż w mieście.
Płowieją trawniki, na drzewach cynowa zieleń poprzetykana gdzie nie gdzie złotem i zaczynają kwitnąć jesienne kwiaty a na niebie królują sprane błękity.
Wino na żywopłocie, pełne baraszkujących w nim wróbli, zaczyna się czerwienić.
Natura to nie moda, tu ludzie nie wedrą się ze swoimi aktualnymi widzimisię i nie zmienią cyklu pór roku.

A dzisiaj jest deszczowo, ponuro i chłodno.
Minęła jedna noc, a różnica w pogodzie taka, jakby co najmniej minął miesiąc.
Poza tym, byłam dzisiaj na cokwartalnej wizycie u onkologa.
Wszystko jest ok., ale wystarczy posiedzieć pól godziny pod drzwiami i posłuchać tych głupich bab z ich mądrościami to się chce zwymiotować albo trzasnąć jedną i drugą w łeb.
Jestem więc bardzo przymulona, a na dodatek mam stracha przed środowym wstawieniem implantu.
Przecież wiem, ze nie ma się czego bać, ale tym razem mam „przeczucie”, które mi mówi by tego nie robić;(.
Muszę się wziąć w garść a „przeczucie” kopnąć w zadek, bo innego wyjścia nie ma, przecież nie będę chodzić bez zęba, mimo, ze tego zbytnio nie widać.
Chyba pójdę upiec ciasto ze śliwkami, duży kawałek jeszcze ciepłego ciasta będzie najlepszym lekarstwem na mój stan i moje smęcenie.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Rosa rankiem na trawie
Czerwona róża kwitnąca za oknem
Skoszone siano i kwiaty pachnące na łące
Smugi babiego lata, które wiatr kołysze
Ciepłe promienie słońca i cienie drzew coraz dłuższe
Rój gwiazd spadających wieczorem
Na niebie klucz odlatujących żurawi
Dni coraz krótsze, to lato odchodzi

Autor: Alina Kolińska, "Wspomnienie lata").

 

Lato nieubłaganie zmierza ku końcowi.
Zawsze było mi z tego powodu smutno, bo oznaczało to koniec urlopu i powrót do kieratu,  co nie było łatwe.
Doczekałam się nieustających wakacji, ale kiedy kończy się sierpień splin i żal za latem dalej mnie dopada.
No cóż, lubię lato i ciepełko.
A prognozując po ilości gubionego futra przez moje kociambry już w połowie sierpnia, jesień i zima przyjdą w tym roku wcześniej;).

Na balkonie dosuszają się ostatnie pęczki majeranku i bazylii, która w tym roku wyrosła mi na parapecie bardzo obficie, więc ją częściowo ścięłam i ususzyłam.
Nalewka wiśniowa się maceruje, trochę przetworów się jakoś tak samo w między czasie zrobiło…
W przyszłym tygodniu pojadę do znajomego na działkę po mirabelki, bo bardzo lubię taki mirabelkowy ni to dżem, ni to konfiturę.
We wrześniu zrobię trochę renklod w syropie, w październiku trochę powideł do piernika i to wszystko.

Od nowego tygodnia rozpoczynam „randki” z moim stomatologiem od implantów.
Po dwóch latach odwlekania typu – teraz nie mam czasu, później, jak się będę lepiej czuła wreszcie się za to zabrałam, przez przypadek zresztą;).
Chociaż wiem, ze nie ma czego, to się jednak trochę boję.

Z kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dostaliśmy powiadomienie, że PAD odznaczył nas medalem i listem gratulacyjnym za długoletnie pożycie małżeńskie.
List otrzymaliśmy wraz z zawiadomieniem pocztą, po medal mamy się zgłosić w ciągu 6 miesięcy.
Ślubny już szykuje krawat, ja się nigdzie nie wybieram, bo ani list gratulacyjny, ani medal od tego Prezydenta nie jest mi do szczęścia potrzebny.