Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
poniedziałek, 04 września 2017

Kryją się po kątach
by łezka na nie nie spadła
płomyczki spalonych nadziei
rzeczy i inne dziwadła
i kręcąc się pod nogami
smutne figle płatają
dziwne, urocze, niewinne
rodzą się – umierają
pomiędzy włosami skaczą
biegną  pomiędzy palcami
z najskrytszych myśli wychodzą
chowając się sprytnie przed nami
a gdy je dzień już znuży
lecą w przestworza, w nieznane
wszystkie te niezwykłości
wszystkie dziwadła kochane.

(Autor: „Silentia”).


Te dziwadła można spotkać w Ogrodzie Botanicznym przy Al. Ujazdowskich w Warszawie.

Początek września to już nie w pełni lato, ale jeszcze nie jesień (choć wczoraj i dzisiaj łatwo można by się tej jesieni dopatrzyć;).
Ten czas nazywa się poleciem, czyli schyłkowe lato.
Skończyły się wakacje i okresy urlopowe, córka wróciła (po urlopie macierzyńskim) do pracy, wnuczęta do żłobka i przedszkola.
A ja założyłam ciepłe skarpetki i sweterek z długim rękawem, siedzę przy poobiedniej herbacie a za oknem … głęboki listopad, szaro, jakby zmierzchało.
I wcale nie ciągnie mnie na spacer, a w głębi ducha cieszę się, ze mam koty a nie pieski, i że nie muszę wychodzić z nimi na spacer.
Koty są ospałe, jeden z kanapy prawie nie wychodzi, drugi nie schodzi mi z kolan.
Mnie też dopadł leniu-nierobus, ogórki zakupione w sobotę tęsknią żeby znaleźć się w słoikach, a same jakiś nie chcą tam zawędrować.
To wyciszenie jest nawet przyjemne, zastanawiam się czyby nie włączyć kaloryfera olejowego, nie zapalić świecy o zapachu jabłuszka, wyjąć ciepły pled i grubą książkę („Płomienna Korona” E. Cherezińskiej) zakupioną na jesienne wieczory.
Zamknąć się w domu, i odciąć się od pośpiechu, zgiełku i politycznego jazgotu.
Bardzo to kuszące, jednak zaufam wrześniowi i poczekam na polską złotą jesień.
Może się doczekam;).

piątek, 01 września 2017

Ramiona gwiazd
obracają się i skrzypią
Na rozstaju mlecznych dróg
jezuski frasobliwe w kapliczkach
odurzone zapachem floksów
w kolorze fuksji
zapomniały o bożym świecie

Toczy się wielki wóz
zaprzężony w cztery jednorożce
Na sianie zasnęły utrudzone dniem
pulchne madonny z dzieciątkami
Śnią im się rajskie jabłuszka

W mojej kieszeni szeleści
srebrny księżyca papierek
i grają kolorami na szczęście
łuski wigilijnego karpia
Jestem wiecznym wędrowcem
szukam swojego miejsca
tam na ziemi albo tu
w niebie

Autor: Ruth Porter.

Jeszcze wczoraj piękne słońce, łagodne ciepło, cisza i spokój wokoło, zapach kwitnących floksów.
Przyjemnie, błogo, kojąco…
Byłyśmy wczoraj w trójkę (córka, wnuczka i ja) w Ogrodzie Botanicznym.
Córka i ja chciałyśmy sobie co nieco przemyśleć (to miejsce, szczególnie w dzień roboczy, jest do tego idealne), Wiktoria, nie miała nic do przemyślenia, po prostu lubi tam bywać;).
Tam już jesień dużo bardziej rozpanoszyła się niż w mieście.
Płowieją trawniki, na drzewach cynowa zieleń poprzetykana gdzie nie gdzie złotem i zaczynają kwitnąć jesienne kwiaty a na niebie królują sprane błękity.
Wino na żywopłocie, pełne baraszkujących w nim wróbli, zaczyna się czerwienić.
Natura to nie moda, tu ludzie nie wedrą się ze swoimi aktualnymi widzimisię i nie zmienią cyklu pór roku.

A dzisiaj jest deszczowo, ponuro i chłodno.
Minęła jedna noc, a różnica w pogodzie taka, jakby co najmniej minął miesiąc.
Poza tym, byłam dzisiaj na cokwartalnej wizycie u onkologa.
Wszystko jest ok., ale wystarczy posiedzieć pól godziny pod drzwiami i posłuchać tych głupich bab z ich mądrościami to się chce zwymiotować albo trzasnąć jedną i drugą w łeb.
Jestem więc bardzo przymulona, a na dodatek mam stracha przed środowym wstawieniem implantu.
Przecież wiem, ze nie ma się czego bać, ale tym razem mam „przeczucie”, które mi mówi by tego nie robić;(.
Muszę się wziąć w garść a „przeczucie” kopnąć w zadek, bo innego wyjścia nie ma, przecież nie będę chodzić bez zęba, mimo, ze tego zbytnio nie widać.
Chyba pójdę upiec ciasto ze śliwkami, duży kawałek jeszcze ciepłego ciasta będzie najlepszym lekarstwem na mój stan i moje smęcenie.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Rosa rankiem na trawie
Czerwona róża kwitnąca za oknem
Skoszone siano i kwiaty pachnące na łące
Smugi babiego lata, które wiatr kołysze
Ciepłe promienie słońca i cienie drzew coraz dłuższe
Rój gwiazd spadających wieczorem
Na niebie klucz odlatujących żurawi
Dni coraz krótsze, to lato odchodzi

Autor: Alina Kolińska, "Wspomnienie lata").

 

Lato nieubłaganie zmierza ku końcowi.
Zawsze było mi z tego powodu smutno, bo oznaczało to koniec urlopu i powrót do kieratu,  co nie było łatwe.
Doczekałam się nieustających wakacji, ale kiedy kończy się sierpień splin i żal za latem dalej mnie dopada.
No cóż, lubię lato i ciepełko.
A prognozując po ilości gubionego futra przez moje kociambry już w połowie sierpnia, jesień i zima przyjdą w tym roku wcześniej;).

Na balkonie dosuszają się ostatnie pęczki majeranku i bazylii, która w tym roku wyrosła mi na parapecie bardzo obficie, więc ją częściowo ścięłam i ususzyłam.
Nalewka wiśniowa się maceruje, trochę przetworów się jakoś tak samo w między czasie zrobiło…
W przyszłym tygodniu pojadę do znajomego na działkę po mirabelki, bo bardzo lubię taki mirabelkowy ni to dżem, ni to konfiturę.
We wrześniu zrobię trochę renklod w syropie, w październiku trochę powideł do piernika i to wszystko.

Od nowego tygodnia rozpoczynam „randki” z moim stomatologiem od implantów.
Po dwóch latach odwlekania typu – teraz nie mam czasu, później, jak się będę lepiej czuła wreszcie się za to zabrałam, przez przypadek zresztą;).
Chociaż wiem, ze nie ma czego, to się jednak trochę boję.

Z kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej dostaliśmy powiadomienie, że PAD odznaczył nas medalem i listem gratulacyjnym za długoletnie pożycie małżeńskie.
List otrzymaliśmy wraz z zawiadomieniem pocztą, po medal mamy się zgłosić w ciągu 6 miesięcy.
Ślubny już szykuje krawat, ja się nigdzie nie wybieram, bo ani list gratulacyjny, ani medal od tego Prezydenta nie jest mi do szczęścia potrzebny.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Jednemu panu na skwerku
motyl siadł na gazecie.
A pan powiedział ponuro:

- I po co to żyje na świecie?
Ani to z pierza, ani z mięsa,
z kwiatka na kwiatek się wałęsa,
na kotlet to się nie nadaje,
nie znosi tak jak kura jajek,
choćbyś i w ulu go zamykał,
nie da ci miodu do piernika,
nie daje mleka tak jak krowy
i jakiś taki - za kolorowy...

A dwaj poeci, patrząc
jak motyl skrzydła rozchyla,
bardzo cichutkim szeptem
szepnęli do motyla:
- Gdyby nie było motyli,
my byśmy cię wymyślili.
I chronili przed tym panem, chronili!

(Autor: Wanda Chotomska).



Przysłowie mówi, ze gdy na św. Jacka nie pada, suchą jesień zapowiada.
W czwartek było ciepło i słonecznie, więc można prognozować, ze jesień też taka będzie.
Oby, bo bardzo lubię to jesienne słoneczko, które pięknie grzeje ale nie zwala człowieka z nóg.
U mnie w domu mówiło się św. Jacek z pierogami, bo według legendy właśnie pierogami ów święty karmił ubogich wśród których żył.
No więc i ja zrobiłam pierogi, część z serem waniliowym a część z grzybami (kurki i pieczarki).
Jedliśmy te pierogi przez trzy dni i pierwszy raz mam dość tego dania, przynajmniej na jakiś czas.

A od wczoraj się nam tak pięknie rozpadało i pada nadal.
Za oknem zrobiło się cicho i spokojnie, nie drą dziobów biegające i znudzone już nieco wakacjami dzieci, na ulicach brak przechodniów, samochodów też jakby mniej.
Bardzo w porę przyszło takie wyciszenie, bo już nieco wkurzona byłam tą rozbrykaną na skwerku hałastrą.

W czwartek siedząc wieczorem na balkonie zauważyłam, ze odleciały już jerzyki.
I nagle zrobiło się cicho - bez charakterystycznych świstów i uwijających się za owadami po niebie ptaków.
A skoro odleciały jerzyki to i zapewne jaskółki i bociany, jarzębiny też już czsa jkiś wybarwiły się na czerwono, czyli jesień puka do drzwi.

Do Janusza Głowackiego miałam stosunek dość letni.Ceniłam go za „Antygonę w Nowym Jorku” czy stworzony we współpracy z Markiem Piwowarskim „Rejs” ale reszta jego twórczości, szczególnie z ostatnich lat mnie
nie porywała.
Ale mimo to czuję jakiś niewytłumaczalny żal, że odchodzą takie nazwiska...

niedziela, 13 sierpnia 2017

„Taki spokój rozlany w naturze
Niebo takie czyste i pogodne.
Na jeziorze przejrzystym lazurze
Zakwitają blade lilie wodne.
Zakwitają i z schylona twarzą
Za czyms tęsknią i gonią, i marzą (...)”

(Autor: Adam Asnyk, "Lilie wodne" 1869r.).

Po słonecznych i upalnych dniach przyszedł czas huraganów, burz i ulewy.
Ot, pogodowe zmiany, nic nowego, były przecież zawsze.
Chociaż nie w takim natężeniu jak teraz.
Pamiętam okrutne burze z grzmotami jakby się niebiosa waliły, z błyskawicami, które oślepiały, z ulewami które podtapiały pola.
Pamiętam wichury, które przewracały drzewa.
Ale pojedyncze drzewa.
A teraz przychodzi trąba powietrzna i zmiata kilka hektarów lasu, lub rozwala domostwa w całej wsi.

Po wyjeździe Wiktorii byłam taka jakaś śmaka.
Musiałam od siebie odpocząć.
Tylko jak?
Czytanie mi nie wychodziło.
Poszłam do kina, akurat klimatyzowana sala to dobre miejsce na te upały.
Wybrałam film „Babskie wakacje” ze względu na Goldie Hawn, którą bardzo lubię.
Filmu nie polecam, jest przaśny, seksistowski, chamski i okraszony wulgaryzmami.

Pod koniec tygodnia udało mi się porozumieć samej z sobą z czego jestem bardzo zadowolona.
Wczoraj odstawiłam wielkie sprzątanie a dzisiaj pól dnia stałam przy garach, wyrafinowanej przyjemności nie czułam, ale dobrze mi się pracowało;).
I byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie wieści z obozu harcerskiego w Suszku.
Siedzi mi ta tragedia z tyłu głowy i nie pozwala w pełni cieszyć się życiem.
Przecież na obóz jedzie się odpocząć i po przyjemność a nie po śmierć.
Jak to nie znamy dnia ani godziny.

poniedziałek, 07 sierpnia 2017

... laokoon nieujarzmiony.
Jak pięknie wygląda
przy księżyca kwadrze!
Zawodników peloty
wir ciał skłębiony.

Jak pięknie wygląda
wiatrowi wygrażając!
Dafne i Attis
ból jej dobrze znają.
Nieodgadniona,
niewytłumaczalna.

(Autor: Federico García Lorca, „Opuncja” - tytuł oryginału - hiszp. "Chumbera").

Tydzień temu wreszcie przyszło prawdziwe lato.
Pięknie jest, choć miniony tydzień nie był łatwy, była u nas Wiktoria, a na nią żadne upały wrażenia nie robią.
I przegoniła nas po Ogrodach Botanicznych , po parkach i podwarszawskich lasach.
Lepsze to od siedzenia w czterech ścianach, ale kilka razy spociłam się tak, ze trzeba było wracać do domu, brać prysznic i się przebierać.
A dziecko suchutkie i wesolutkie i wcale nie zmęczone, zmieniła tylko kapelutek na chustkę bo jej kapelusz przeszkadzał w buszowaniu po lesie.
Lubię jak jest ciepło, a ten ostatni tydzień przypominał mi lato, jakie pamiętam z mojego dzieciństwa, więc byłam pełna szczęśliwości.
Ale prażyć się w rozgrzanej kucheni nie zamierzałam.
Niby apetyty w upały nie dopisują, jednak zjeść coś trzeba.
Gotowałam więc w nocy, bardzo na skróty, wegetariańsko, ale jednak trochę przy garach stać musiałam.
A inni w tym czasie spali.
To jest własne ta sprawiedliwość dziejowa, ktoś nie śpi, by miał co jeść ktoś;)))

Dzisiaj Wiktoria „pracowała” (nagrywała reklamę Ciastoliny) ale jutro i pojutrze jeszcze będzie u nas.
W czwartek jedzie z rodzicami na wczasy, a my z tej okazji też będziemy na wczasach.
Takich z kuchnią, jaką lubię , wygodnym łóżkiem, bez uciążliwej podróży – wczasach domowych;).
Tylko żeby ciepełko nas nie opuszczało!.
Wy też odpoczywajcie ile tylko możecie, bo czas szybko biegnie a lato się nie trwa wiecznie;).

sobota, 29 lipca 2017

Chciałam ci tego ranka przynieść moje róże,
Ale bukiety jednak stały się tak duże,
Że pękły wstążki, w które chciałam je owinąć.

I wszystkie róże z mojej uleciały dłoni
Ku morzu, wiatr wraz z falą w nieznane je goni
I przecież nie powrócą już, bo wszystkie zginą.

Fale stały się przez nie czerwone jak płomień,
Sukienka moja tylko pachnie tak jak one,
Pooddychaj więc nimi wieczorną godziną...

(Autor: Marcelina Desbordes-Valmore, „Róże Saadi”, przełożyła: Jadwiga Dackiewicz)

Goście przyszli, życzenia złożyli, sto lat odśpiewali (najgłośniej śpiewała Wiktoria;), szampana „za pomyślność” wypili…
Nastąpiła zmiana kodu, na siódemkę z przodu …
Czas płynie tak jak płynął, obowiązki i zajęcia mam takie same, tak samo się czuję.
Nic się nie zmieniło.
Pesel na pewno ma wpływ na nasze życie, ale dzieje się to bardzo wolno, niezauważalne, chociaż systematycznie.
Od 1 sierpnie będzie u nas Wiktoria, więc się trochę przy niej „odmłodzę”, a przynajmniej porządnie pogimnastykuję;).

Nastał sezon słonecznikowy więc żegnajcie zadbane pazurki.
Może ktoś ma patent na to by można skubać te smaczne ziarenka do woli i mieć ładne paznokcie?
Mnie się to jakoś nie udaje, mimo, że ze słonecznika wyłuskuję ziarenka w gumowych rękawiczkach, niestety, ziarenek skubać już się w rękawiczkach nie da.

Felek wylazł wreszcie z kanapy, więc muszę go upolować, wywlec na balkon i tam wyczesać, bo w mieszkaniu mam świeżo poodkurzane i „Marysia” mogłaby się wkurzyć, ze nie szanuję jej sprzątania;).

środa, 26 lipca 2017

Fakt to niedobry, prawie wstydliwy,
Niedopuszczalny, zły i naganny,
Fatalny oraz niesprawiedliwy,
Że jeszcze nie ma wiersza dla Anny.

To jest ogromne niedopatrzenie!
Winnych poszukać, to sprawa pierwsza,
A druga – braku uzupełnienie
I napisanie dla Anny wiersza.

Szukanie winnych zostawmy Ziobrze,
Bo chociaż prawnik z niego nietęgi,
To „w tym temacie” poszło mu dobrze,
Nawet niewinni dostali cięgi.

Skupmy się raczej więc na pisaniu,
By wiersz dla Anny powstał od ręki,
Sławił jej mądrość, stałość w kochaniu
I niewątpliwe opiewał wdzięki.

Gdy kilka zgrabnych zwrotek powstanie,
W formie peanu, hymnu lub ody,
Za wykonane uznać zadanie
Można bez żadnej dla Anny szkody.

Niech więc się Anna więcej nie droczy
I niech nie będzie na nas już zła.
Niechaj szczęśliwie przez życie kroczy,
Za to szampana pijmy do dna.
(Autor: Mariusz Hantke -"Poniwiec")

Wszystkim Annom, Hannom, Mirkom i Grażynkom najlepsze życzenia samych dobrych i szczęśliwych dni, dużo zdrowia i uśmiechu fortuny.

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Gdzieś tam na oknie zapomniany...
rośnie kaktus z rzadka podlewany!
Stoi godnie w milczeniu igieł wiankiem otoczony...
cierpi cicho w samotności. Pięknem innych kwiatów odurzony...
Jęknął raz cicho życiem swym marnym na
poły koszmarnym wielce już utrudzony!!!
Muszę wreszcie zakwitnąć, bym został doceniony!!!"
(Autor nieznany, znalezione w sieci)

Zakończyłam cokwartalną wędrówkę po lekarzach i mogłabym myknąć do dzieci na Mazury ale mój organizm odmówił mi tam wizy fundując mi
infekcję pęcherza.
Niby w lekkiej formie ale posiew trzeba zrobić i na wyniki poczekać.
Tak więc, zamiast moczyć sobie nogi w jeziorze Święcajty, moczę się we własnej wannie  i na własnym balkonie gryzą mnie komary warszawskie, a nie mazurskie.

Czytam sobie książkę, którą dostałam w czerwcu na spotkaniu w Gdańsku od bardzo miłej osóbki.
Przyznam się bez bicia, ze czytać zaczęłam z tzw. obowiązku – skoro się książkę dostało, to należy ją przeczytać.
Jest to ksiązka Petera Olivera Loew, „Gdański przewodnik literacki”.
Tak mnie ta ksiązka wciągnęła, ze nawet nie bardzo mi żal, ze plany wyjazdowe na mazury się posypały.
Ksiązka wizualnie jest piękna, czerwono-szara okładka zachęca, by wziąć ją do ręki.
Ale prawdziwa perełka jest w środku.
Tytuł może sugerować, ze jest to przewodnik po literaturze gdańskiej.
Częściowo tak, ale przede wszystkim są to pięknym, literackim  i poetyckim (jest tam bardzo dużo wierszy) językiem opisane trasy, spacery, szlaki turystyczne.
A że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc czym dalej zagłębiam się w książkę, tym bardziej chcę tam być i to zobaczyć.
I wymyśliłam, ze jeden przyszłoroczny sanatoryjny turnus w Busku zamienię na turnus w sanatorium w Sopocie.
Przez dziesięć dni będę miała czas, by przynajmniej kilkoma z tych ośmiu tras się przespacerować.
Ale mówię o tym bardzo cicho, żeby znowu nie wyszło tak – ty sobie człowieku planuj, a będzie, jak ma być.

No to zaczynamy nowy tydzień, nie będzie on dla mnie łatwy…ale raz w roku można te perturbacje i zamieszanie jakoś przeżyć;).
To do następnego wpisu, „mordki” Wy moje;)))))
Nie wstydźmy się tych „mordek” i nośmy je z godnością.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Lato – temat wspaniały!
Dla malarza pejzaż
Dla poety wiersz
Dla muzyka utwór
niosący szum wierzb
lub śpiew słowików
ukrytych wśród drzew
Lato – najmilsza z pór
I wielkie oczekiwanie
− zieloności pól
w stu odcieniach zieleni
− łąk tonących w kwiatach
które słońce mieni
niczym klejnoty
rzucone na gobelin
− swawolnego wiatru
który burzy włosy
i wysuwa wstążki
ze splotów warkoczy
− chlebnego świętowania
gdy żniwa skończone
a ciągle jeszcze
można grać w zielone
Utrwalmy w pamięci
ten czas kwiatopełni
dojrzewania owoców
zbioru ziół na leki.
Otoczmy ramionami
choć jeden z tych dni
aby nie uleciał
jakby się nam śnił…

(Autor: Maria Weggi – Słupianek, "Lato")

Nastał nowy tydzień.
Pochmurny, przed świtem spadł deszcz.
Wracając z laboratorium (tak, znowu nastał czas na wizyty u lekarzy) przyglądałam się lipcowemu rankowi.
I nic, oprócz kalendarza, nie świadczyło o tym, ze jest to lipcowy ranek.
Chłodno, szaro, mokro ... ale urokliwie – kapiące krople z dachu, krople lśniące na liściach, krople wiszące na drutach siatki okalający przyblokowy ogródek.
A na bazarowych straganach są już jagody - nastał jagodowy czas.
Do fasolki szparagowej, bobu, kalafiorów, młodych ziemniaczków (pieczonych w piekarniku z dipami twarogowymi o różnych smakach), pajd domowego chleba ze smalcem z fasoli i z ogórkami kwaszonymi doszedł kolejny produkt do letniego menu – będą pierogi i naleśniki z jagodami.
Na straganach dojrzałam również kurki, a więc będzie zupa kurkowa, i sos, i jajecznica z kurkami…
Jak dotychczas tegoroczne lato nawaliło pod względem pogodowym, ale jest tak samo „smakowite” jak poprzednie lata, tylko bardziej daje po kieszeni, bo owoce bardzo drogie.

Dni umykają bardzo szybko, nawet nie patrzę na kalendarz, o umykającym czasie przypominają mi uroczystości rodzinne, których w lipcu jest u nas dostatek;).
Odpoczywam, robię kartki, czytam książki.
Próbowałam przeczytać „Srebrzysto” Stefana Chwina.
Książka świetna, ale za bardzo boli trafnością obserwacji rzeczywistości.
Nie jestem gotowa stawić czoła tematyce, tym bardziej w zestawieniu z tym, co się ostatnio dzieje w naszym życiu politycznym.
Po tych nieudanych próbach „pocieszyłam” się książką, a właściwie książeczką „Bartoszewski w 93 osłonach – Pędzę jak dziki tapir” Marka Zająca.
Szczerze polecam.

Dzieci zaproponowały mi wyjazd z nimi na Mazury.
Zgodzę się, pod warunkiem, ze zagwarantują mi słoneczną i ciepłą pogodę;))).

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 84