| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
sobota, 15 grudnia 2018

Idą święta po niebie  
W błyszczących czapkach, szalikach,
W kurtkach wypchanych śniegiem.
W podbitych mrozem trzewikach

Idą pod rękę z choinką
Strojną w suknię ze świeczek.
Dają jej kosz upominków
I biec jej każą do dzieci.

W ciemne, rozgrzane kominy
Wdmuchują słodkie zapachy
I robiąc tajemne miny
Stukają palcami w dachy.

Aż późną nocą, ziewając
Zwijają się w tycie kłębuszki
I gwiazdka po gwiazdce spadają
Jak sny na ciepłe poduszki.

A wtedy skryty za drzewem
Wiatr bierze swoje skrzypeczki
I płynąć zaczyna po niebie
Nuta pierwszej kolędy.

(Autor: Eliza Sarnacka – Mahoney).

 


Pokazuję Wam wzory części kartek, które zrobiłam.
Fotografowanie przy sztucznym świetle to trudne zadanie, za słaba jestem na takie wyzwanie, kartki w rzeczywistości wyglądały lepiej.  

Tak około minionego wtorku wzięłam się w garść i ruszyłam w tany ze ściereczkami i płynami do czyszczenia.
I proszę Państwa, szuflady zostały wybebeszone, kanapy i szafki poodsuwane, dywany wytrzepane (to Ślubny), okna pomyte (to też Ślubny),
firany wyprane, w każdy kącik zajrzane – test białej rękawiczki bez trudu byłby zaliczony;).
Pierogi oraz uszka z kapustą i grzybami zrobione i zamrożone.
Czyli święta mogą przyjść, bo tradycji stało się za dość – mieszkanie się błyszczy a pani domu padła plackiem.
Ale zanim zabiorę się za gotowanie, pieczenie i smażenie będzie czas by odpocząć.
Jeszcze jutro OMW ze ślubnym położą w przedpokoju nową wykładzinę.

Z tą wykładziną to jest tak – musi być położona, bo sama terakota się nie sprawdza, gdyż koty podczas biegów „nocnych pardubickich” się ślizgają i
rozbijają się o ściany.
Poza tym wywleczony przez kociambry żwirek z kuwet i rozdeptywany przez wędrującego w nocy do toalety domownika bardzo nieprzyjemnie na tej terakocie trzaskał.
No więc w przedpokoju wykładzina, choć nie jestem jej zwolenniczką musi być.
I musi być wymieniana.
Przedostatnio była wymieniana sześć lat temu, o tej porze roku, Wiktoria akurat zaczęła raczkować, więc wykładzinę trzeba było zmienić.
Ostatnio zmienialiśmy ją trzy lata temu, akurat Staś zaczął raczkować.
Minęły kolejne trzy lata i wykładzinę zmieniamy – tym razem nie ma kolejnego wnuczęcia, i nie ma raczej szans by się pojawiło, trochę szkoda…
Jutro muszę rzucić sobie farbę na głowę i ogarnąć się po tym tygodniu porządkowym, bo chociaż wszystko robiłam w rękawiczkach, to dłonie za ciekawi
nie wyglądają.
Po niedzieli ubiorę choinkę, wnuczęta będą mi „pomagać” więc już się boję;).
A potem utonę między garnkami i patelniami, nie jest to szczyt moich marzeń, ale czasu jest dużo i pomagać mi będzie córka, więc się nie spinam.

niedziela, 09 grudnia 2018

W piątek byłam na koncercie Al. Bano i Rominy Power.
To nie są moje klimaty, ale przegrałam zakład i musiałam pójść.
Odczucia po koncercie mam mocno mieszane, ale mogły tu zadziałać uprzedzenia, bo pójście na ten koncert nie było moim wyborem.
O zmianach wizualnych artystów nie wspomną, bo wiadomo, czas nikogo nie oszczędza.
Romina – no cóż, przez solidarność z kobietami napiszę, ze … dobrze wyglądała.
Al – kondycja już nie ta, ale z głosem u niego jest tak, jak z winem, im straszy tym lepszy.
Wydaje mi się, ze w tym ich dawnym repertuarze nie bardzo mógł się wykazać.
Teraz włączyli do swego repertuaru np. słynną arię z opery Verdiego „Nabucco” Chór Niewolników” i moim, nie muzyka zdaniem, zaśpiewali to świetnie.
Podobnie było z utworem  „Alleluja” Leonarda Cohena – zamiast ciepłego i aksamitnego głosu Al. Bano usłyszałam nowy głos, mocny i dźwięczny jak dzwon.

Poza tym – leń dalej u mnie gości i nie widzę, by zbierał walizki i chciał mnie opuścić.
Jeżeli dodać do tego fakt, ze mam przed sobą dwie wizyty kontrolne u lekarzy – jest to kolejnym minusem działającym na moje samopoczucie.
Listopadowa pogoda za oknem i moje plany świąteczne, które się posypały (nie będzie świąt, a właściwie Wigilii  „po mojemu”), złość, która mnie ogarnia, jak ktokolwiek i cokolwiek ode mnie chce – powinno mnie to martwić i stymulować do zamówienie wizyty u lekarza od głowy.
Ale jakoś mnie to nie martwi, oprócz tych planów wigilijnych – to mnie akurat bardzo wkurza.
Co będzie dalej?
Kiedy dotrze do mnie, ze święta już za dwa tygodnie?

poniedziałek, 03 grudnia 2018

Próbuję być malarzem
stoję przed płótnem
tabula rasa

pragnę dobrać kolory
by namalować
własny obraz

wezmę farbę zieloną –
pewnie!
będzie wiosenniej
żółtą naznaczę słońce
niechaj wreszcie rozbłyśnie
na moim horyzoncie

czerwienią
ogień serca rozpalę
...i wyleją się żale
troski strapienia
miłość –
spowił mrok zapomnienia

a może wszystko
błękitem rozjaśnię?
właśnie!
jasności trzeba codziennie
umysłu
sumienia
i... zapomnienia
o czerni

ale artystą nie jestem
a i spokojem nie grzeszę
więc rozmazuję wszystko niebawem

i co się objawia?
szarość!!!

(Autor: Jadwiga Zaliszewska)

Szarość wszędzie, a na szarość najlepsze są kolory!!!

Wreszcie dzisiaj zakończyłam rozkładanie rzeczy po rozpakowaniu.
Zazwyczaj robię to w dniu przyjazdu, tym razem nie wyszło, bo jak tylko wróciliśmy, to przyjechała córka z wnuczętami, Wiktoria się bardzo stęskniła, zrobiła mi prezent powitalny i koniecznie w dniu mojego przyjazdy chciała mi wręczyć.
Synowa i syn przyjechali po mnie do sanatorium i mnie przywieźli do domu, więc też zostali i posiedzieliśmy trochę wszyscy razem.
Wczoraj szła mi robota jak krew z nosa, dzisiaj jest jeszcze gorzej, ale wreszcie skończyłam.
Wszystko jest poprane, poprasowanie i na swoim miejscu czeka na następny wyjazd.
Ja rozleniwiona dwutygodniowym nic nie robieniem i stłamszona szro-burą pogodą nic mi się nie chce, a ponieważ co nieco trzeba było ruszyć odwłok, więc zła jestem jak osa.

Jutro muszę zacząć wypisywać i pakować kartki świąteczne.
Przedtem jeszcze chciałam zrobić im zdjęcia, ale jak tu fotografować, jak na dworze od rana ciemno, a w domu nie mam atelier fotograficznego, jak to co niektórzy mają piękne i wypasione i nic tylko im bez przerwy zazdrościć;))).
Ale najważniejsze żeby wylazł ze mnie ten leń!.
Bo Święta tuż, tuż, chociaż niby do nich jeszcze trzy tygodnie.

czwartek, 29 listopada 2018

Z paniami od stolika poszłyśmy wczoraj do naszej sanatoryjnej kawiarni.
Od wielu lat nie odwiedzałam tego przybytku, bo mi się nie chciało i to już nie na moje nerwy.
Ale Pani miała urodziny, kończyła tyle lat, ile ja skończyłam w lipcu, więc sobie pomyślałam, cztery babki, w dość słusznym wieku – będziemy „bezpieczne”, nikt nas zaczepiać nie będzie;))).
Dałam się więc namówić.
Czas mijał o dziwo przyjemnie i miło na rozmowach.
Bo przy posiłkach, porozmawiać się nie da, każdy bowiem śpieszy się na jakieś zabiegi.
A po kolacji panie kelnerki chcą jak najszybciej zamknąć stołówkę i pójść do domu.
A więc było to bardzo udane wyjście.
Dzisiaj rano postanowiłyśmy imprezę powtórzyć, umówiłyśmy się na wyjście do kawiarni pod hasłem – pożegnamy się przy kawie.
Znowu było miło … do momentu, kiedy zagrała zespól.
Ni stąd ni zowąd wyrosło nagle przed nami dwóch panów i poprosiło nas (dwie siedzące z brzegu) do tańca.
Koleżanka poszła, ja migałam się jak mogłam, mówiłam że mnie noga boli (no co? Jestem w sanatorium to ma mnie prawo boleć!;).
I pewnie bym się wymigała, bo byłam dość stanowcza, ale dwie pozostałe od stolika (małpy jedne) prawie mnie podniosły z krzesła ze słowami, no idź, no przecież cię nie zje, no nie wygłupiaj się itp.
No i poszłam na parkiet, facet chciał mnie przytrzymywać, ze niby skoro mnie ta noga boli, ale mu powiedziałam, ze ma zachować 10 cm odległości albo wracam do stolika.
I tak sobie tańczymy a raczej snujemy się po tym parkiecie, facet coś tam zagaduje a ja mówię mu, że nie słyszę, bo mam też problemy ze słuchem...;)
Kiedy zagrali tango facet mnie złapał i przycisnął do siebie.
Oż ty ( tu w głowie pojawiły się słowa, które w telewizji zawsze wypipają) pomyślałam sobie, ale grzecznie i spokojnie mówię – no co ty facet robisz, puść mnie zaraz, bo dzień pluszowego misia był przedwczoraj.
Na to pan się zaśmiał i przycisnął mnie jeszcze bardziej.
Chciałam walnąć go w ten jego durny czerep, ale się trochę bałam, ze mi odda, więc uśmiechając się słodko pchnęłam dziada z całej siły.
Pan się przewrócił i ślizgiem skośnym poleciał pod kaloryfery.
A ja wykorzystując zamieszanie podeszłam do stolika złapałam plecaczek i uciekłam.

Co się działo dalej dowiem się jutro na śniadaniu.
Jedno jest pewne, takiego „gorącego” pożegnania jeszcze nie miałam.
A trzeba było siedzieć w pokoju i czytać książkę, to nie byłoby przepychanek;))).

poniedziałek, 26 listopada 2018

Nareszcie się zgodziłaś, abym przejrzał album
Otwarty, oszołomił mnie. Tyle okazów
Ciebie na czerni grubych kart, wszystkie od razu
Lata twojego życia! Za dużo tych skarbów:
Dławi mnie gładki lukier sycących obrazów.

Głodne oko wędruje od pozy do pozy:
Tu w warkoczykach, z kotem opornym w objęciach;
Tam  świeżo upieczona słodka absolwentka;
Tam znów koło altany, w towarzystwie nożyc
I ciężkogłowych róż, lub w kapeluszu (zdjęcia 

Niepokojące dość pod wieloma względami)
Z każdej stronicy rzucasz mi inne wyzwanie,
Zwłaszcza w postaci typków, którzy bezustannie,
Jak widzę, po twych dawnych latach się szwendali:
Nie na twoim poziomie byli, moim zdaniem (...).

(Autor: Philip Larkin, przełożył Stanisław Barańczak).

Album tzw. pudełkowy, jest z pudełkiem złączony na stałe, góra pudełka jest jego przednią okładką a dół pudełka jest jego tylną okładką.

Otwarty album, pierwsza strona, jeszcze nie ozdobiona.

Tu już ozdobiona.

Za ten szklany koralik po prawej stronie się pociąga i wtedy wysuwa się kartka (zwana matą) na którą w miejsce stempla z aparatem fotograficznym wkleja się zdjęcia i wsuwa się z powrotem.
Zwróćcie uwagę, ze ta klapka na pierwszej stronie trochę odstaje od podłoża - to dlatego, ze ją się podnosi i wtedy mamy...

Na podniesionej klapce mamy naklejoną kieszeń a do niej włożone są dwie duże maty na które nakleja się zdjęcia (10x15cm) i trzy tagi (to te ze wstążeczkami) na których można zrobić zapiski gdzie i kiedy zdjęcie zostało zrobione.

Białą karteczkę włożoną pod ozdoby w kształcie zegarów się wyjmuje i na to miejsce wkłada się zdjęcie

To druga i trzecia strona.

Na drugiej stronie naklejona jest kieszeń z do której włożone są dwie maty na zdjęcia 10x15, oraz dwa tagi na zapiski.

Na trzeciej stronie jest tzw. wodospad - to są trzy podnoszone w górę kartki-maty. Na ich narożnikach wycięte są szczelinki w kształcie półksiężyca w które wkłada się zdjęcia (10x15). Tak jest po obu stronach karty, czyli tutaj zmieści się sześć zdjęć, plus jedno można przykleić na właściwej stronie pod klapkami.

To czwarta i piąta strona.

Na czwartej stronie też jest kieszeń, ale podłużna, która zawiera dwie maty na zdjęcia 10x15 i dwa tagi na notatki.

Na piątej stronie jest ozdobny pasek w tutorialach zwany belibendem, za który wkłada się zdjęcia przyklejone do mat (10x15) są również dwa tagi.

Szósta i siódma strona albumu (jeszcze nie ozdobiona).

Strona szósta. Tę klapeczką po lewej stronie się otwiera, ten szklany koralik to uchwyt do otwierania. Pod nim przylepiony jest magnes i pod kolorowymi papierami na właściwej stronie też, więc klapka na przykład przy przewracaniu kart sama się nie otworzy i zdjęcia przyklejone na matach z kieszeni nie wypadną. Kieszeń jest na całą stronę, maty są trzy.

Siódma strona, klapka po prawej otwiera się podobnie jak po lewej stronie. Strona jest lustrzanym odbiciem strony poprzedniej.
W klapkach po otwarciu są kieszenie na tagi.

Ósma i dziewiąta strona.

Ciągnąc za wystający po lewej stronie "dzyndzel" wysuwa się karta na którą nakleja się zdjęcie i wsuwa na miejsce. 
Z "dzyndzla odpadł koralik, ale już na zdjęciu poniżej jest doklejony.


Dziewiąta strona otwiera się jak dwuskrzydłowe drzwi. W kieszonkach klapek są tagi a po otwarciu klapek wewnątrz można przykleić dwa mniejsze zdjęcia.Natomiast pod klapkami zmieści się jedno duże zdjęcie 13x18 (np. zdjęcie zbiorowe). 


Strona dziesiąta i jedenasta. Na stronie dziesiątej "harmonika" przypięta jest paskiem na magnes. Pasek jest jeszcze nie wykończony (ozdobiony) i wyraźnie na nim widać przyklejony magnesik. 


A tu już magnesik jest zamaskowany. Magnesik przytrzymuje trzy karty-maty sklejone ze sobą i ułożone w "harmonikę".
Na każdej stronie kartki są wycięte półksiężyce za które wkłada się zdjęcia. Ta strona pomieści sześć zdjęć.
Kiedy te klapki uniesiemy  to ....


... to pod nimi przyklejona jest kieszonka na tagi.


Jedenasta strona to wodospad, taki sam jak na stronie trzeciej.
Nie mam niestety zdjęcia z podniesionymi klapkami wodospadu;(.


Strona jedenasta, ostatnia. Dwie wsuwane maty na mniejsze zdjęcia, wysuwa się ciągnąc za "dzyndzelki" ze sznureczkami. 


Dolna "okładka" czyli spód pudełka z przyklejoną kopertą, która jest dość pojemna.


W kopercie są narożniki do przyklejania zdjęć. Koperta jest zamykana na magnesik, jak się dobrze przypatrzeć to widać gdzie jest przyklejony dolny magnesik. Górny magnesik jest przyklejony na klapce koperty i zamaskowany przez przyklejenie kawałka papieru.


Przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć, ale we wrześniu miałam pracowy kociokwik i nie było czasu ustawiać do zdjęć statywu, więc robiłam zdjęcia z ręki. Nie miałam też czasu by "modela" odpowiednio ustawić więc w jednym miejscu jest prześwietlony a w innym niedoświetlony.
Mam zdjęcia jeszcze jednego albumu, ale to, czy go pokażę nie będzie zależało ode mnie (wyjaśnienie niżej).

Czas leci szybko i fakt, ze człowiek nic pożytecznego po całych dniach nie robi, trochę dołuje.
Tłumaczę sobie, ze przecież do południa "ciężko pracuję" a popołudniowy wypoczynek jest formą leczenia, ale coś mi siedzi w duszy i szepcze mi do ucha,
ze jestem leń.
Od dzisiaj śpię do ósmej, ale od śniadania do samego obiadu mam zabiegi.
Nie jest to czas spędzony w biegu, ale między zabiegami mam 15-20min, czasu wolnego.
Pogoda jest bardzo nieciekawa, jest wietrznie i leci coś z nieba, ni to bardzo drobna mżawka, ni to mgła...
Robię krótki spacer i to tylko z obowiązku, bo bardzo mi się nie  chce na tą wilgoć wychodzić.

Zabrakło mi miejsca na zdjęcia.
By dokończyć wstawiać zdjęcia z albumem musiałam wyrzucić kilka zdjęć ze starszych wpisów.
Spróbuję napisać do Administratora, może dołoży MB, a jak nie dołoży, to będzie znaczyło, ze czas zakończyć swoją radosną "tfurczość";).
Wszak wszystko się kiedyś kończy...

czwartek, 22 listopada 2018

Ktoś, kiedyś powiedział, że czas nie przyspiesza, tylko my za nim nie nadążamy.
Mnie się wydaje, ze jednak przyspiesza.
Dziś mija czwarty dzień mojej kuracji, a wydaje mi się, ze to wczoraj rozpakowywałam walizki.
O dziwo, choć z wielkim trudem, udaje mi się zwlec z łóżka piętnaście przed siódmą.  
Przez pierwszych dziesięć minut muszę posiedzieć na łóżku by złapać kontakt z samą sobą i z rzeczywistością.
A potem to już życie toczy się samo według ustalonego planu.
Nawet poobiedni spacer sobie „zaplanowałam” – od 15.00 do 15.45 (opracowałam sobie odpowiednią trasę w parku;).
Za to tempo narzucam sobie iście żołnierskie i pilnuję by prawidłowo oddychać (przeponą).
Bo tak po prawdzie, na  co dzień nie skupiam się na tej czynności i oddycham zbyt płytko.
Pozostały popołudniowy czas mogę z premedytacją, bezkarnie i bez wyrzutów sumienia trwonić.

Z biblioteki sąsiedniego sanatorium przyniosłam sobie dwie ksiązki, bo u nas biblioteka nieczynna.
Już u nas narzekałam na marny asortyment i na „nowości” które są sprzed pięciu lat
A tam jest jeszcze gorzej;(.
No ale przyniosłam sobie „Zapach cedru” Ann-Marie MacDonald i „Z głowy” Janusza Głowackiego.
„Z głowy” właśnie czytam, a ironia, dystans, humor, czasem cynizm tej książki powoduję, ze albo się uśmiecham, albo się nad książką zadumam, albo rżę ze
śmiechu.
I tak to przebiega moja kuracja - z trudem rannego wstawania, potem już spokojnie, miło, cicho, ale stanowczo za szybko.

Wklejam Wam zdjęcia karty, którą zrobiłam na wrześniowy ślub.
Zostały do pokazania jeszcze dwa albumy, a święta praktycznie za miesiąc i przyjdzie czas na świąteczne karty.


poniedziałek, 19 listopada 2018

Pierwszy śnieg prószy
Srebrzyście, cichutko...
Tonę w tym chrzęście,
Słucham co mi gada.
Jest tak jak szczęście
Ludzkiej duszy:
Trwa krótko,
Taje, przemija, przepada...(…).

(Autor: Henryka zwierzchowski, z cyklu Niewód tęsknoty ze zbioru Ogród życia ).

Gdy dziś rano spojrzałam w okno zobaczyłam nieśmiałą i delikatną biel.
Przebudziłam się od razu, bo się zezłościłam.
Kiedyś, gdy padał śnieg byłam szczęśliwa, bardzo lubiłam taki widok, czułam, że wraz z opadającymi wolno płatkami śniegu spływa na mnie spokój i pogoda ducha.
Teraz jest przeciwnie.
Zbyt długo nie mogłam na ten śnieg złorzeczyć, bo po pierwsze – w końcu jest druga połowa listopada, a ta data swoje prawa ma, a po drugie – musiałam pójść
do pań z planowania, by zmieniły mi plan zabiegów.
Wczorajszy dzień przyjęć był w miarę spokojny i sprawny, więc musiało walnąć w planowaniu, bo przecież nie może być normalnie.
Piszę „w miarę spokojny”, bo faktycznie rejestracja, wybór diety i stolika na posiłki i przydział lekarza szły tym razem szybko i sprawnie.
Ale u lekarza to już było dno (mój był na urlopie).
Zabiegów jednak, przynajmniej na ten tydzień, nie udało się zamienić, więc muszę wstawać przed siódmą, by się z lekka ogarnąć i na 7.20 zdążyć na masaż.
Na szczęście mam blisko, wystarczy zjechać dwa piętra windą.
Ale tak po prawdzie, to ja sama sobie nie wierzę, ze dam radę codziennie o siódmej otworzyć oczy i zwlec się z łóżka;).
Pożyjemy, zobaczymy…

Dopiero na haloterapii  uspokoiłam się i wyciszyłam.
Leży sobie człowiek owinięty w kocyk na wygodnym leżaku w grocie solnej.
Jest półmrok, świergoczą ptaszki (z taśmy of course) i cichutko  gra uspokajająca muzyka…i wdycha sobie człowiek czyste powietrze bogate w związki soli.
Początkowo myślałam, że przez te 45 min to się zanudzę a ja ani się obejrzałam kiedy zapaliły się światła i seans się skończył.
A później resztę zabiegów łącznie ze znielubionymi  przeze mnie ćwiczeniami pod okiem rehabilitanta, ćwiczonymi na pół gwizdka, bo z kondycją u mnie kruchutko.

Ponieważ obiecałam sobie solennie, że ze spacerów będę korzystać, więc po obiedzie poszłam do parku.
Tak po prawdzie to na dwór bardziej wyciągała mnie chęć zakupienia kawałka tortu czekoladowo-orzechowego, (którym w ub. roku się zajadałam) niż spacer – ale nie bądźmy małostkowi, ważne, ze wyszłam z pokoju;))).
Za długo nie pospacerowałam, bo nie lubię jak mi w twarz sypie mokrym śniegiem.
A sypało solidnie.
Co z tego, jak to wszystko zaraz topniało.
Jutro więc nie będzie biało, tylko będzie błoto.

A tortu nie kupiłam, bo dzisiaj tego co lubię nie było;(.

środa, 14 listopada 2018

Pozwólcie przedstawić sobie:
Pan żubr we własnej osobie.
No, pokaż się, żubrze. Zróbże
Minę uprzejmą, żubrze.
(Autor: Jan Brzechwa, „Żubr”).




Zdjęcia zrobione zostały w ostatnich dniach października w zagrodzie dla zwierząt w Gołuchowie.

Święto Niepodległości i dni około świąteczne spędziłam na … pakowaniu kalendarzy adwentowych dla Wiktorii i Stasia.
Zapakować dwadzieścia cztery pakunki i pakuneczki – razy dwa, to nie w kij dmuchał.
Co prawda wcześniej zaopatrzyłam się w odpowiednie torebki, ale jak przyszło co do czego, to okazało się, że gabaryty „wkładów” przewyższają pojemność torebek.
A wiec przyszykowałam sobie papier, nożyczki, kolorowy sznurek, jakieś ozdoby do naklejenia i wzięłam się do pakowania tych czterdziestu ośmiu paczek.
Oczywiście, jak ostatnio coraz częściej się w moim domu zdarza, zostałam z tym sama, bo „nie potrafię”, „nigdy tego nie robiłem” itp.
Nie padło, ale unosiło się w powietrzu – „to babska robota”.
Jednak gdy przyjdzie do wręczania wnuczętom upominków padnie słynne – „kochani, zobaczcie co przygotowaliśmy dla Was”;)))
Kiedyś mnie to śmieszyło, i w takich sytuacjach sobie żartowałam, ale teraz, kiedy jestem zmęczona i zarobiona wystawiłam pazury.
A więc wiecie, rozumiecie, atmosfera w domu jest dość gęsta i marzę o niedzieli, kiedy to rano dopchnę kolanem walizki, zamknę głośniej niż zwykle drzwi i udam się na dwa tygodnie do Buska, gdzie czeka mnie cisza i mam nadzieję, względny spokój.
I nawet nie martwi mnie iście jesienna pogoda.
Jest mi nawet trochę na rękę, bo kiedy kapie na głowę to spacer trwa około pół godziny, a resztę czasu z czystym sumieniem można leniuchować.
Kiedy nie pada, to ten spacer „z poczucia obowiązku skorzystania z okazji i dotlenienia się” trwa dłużej, a zaręczam Wam, że późnojesienny spacer po Busku, które znam jak własną kieszeń jest nudny.
Co innego wiosną, kiedy kwitnie morze fiołków, lub we wrześniu, kiedy cały park się pięknie złoci i można zbierać kasztany, których jest tak mnóstwo.
No ale z pewnych względów wybrałam termin późnojesienny, więc jest, jak jest.

„Produkcja” kartek też już zakończona, wypiszę życzenia i ozdobię opakowania już po powrocie.

Dzisiaj skompletowałam sobie dokumentację, która potrzebna jest do sanatorium, dołączę jeszcze wyniki podstawowych badań, które zrobię jutro.
W piątek jeszcze do zaliczenia fryzjer, manicure i pedicure we własnym zakresie, bo nie lubię jak mi ktoś grzebie przy pazurach, wizyta u kosmetyczki już w Busku.
Jutro zapakuję leki, które muszę zabrać z sobą.
Zawsze robię to kilka dni wcześniej, by sprawdzić po kilka razy, by czegoś nie zapomnieć.

Może jeszcze coś skrobnę przed wyjazdem, a jak nie, to do poklikania już z Buska.

wtorek, 06 listopada 2018

Ja pana z sobą zabiorę
w nieznaną podróż daleką...
Sympatia moim wyborem
powodowała poniekąd.
Na towarzysza podróży
przewidział pana mój plan -
nie będzie panu się dłużyć,
nie pożałuje pan!(...).
(Autor tekstu: Jeremi Przybora)

Od kiedy pamiętam, jest taki zwyczaj w mojej rodzinnej parafii, ze pierwszego listopada o godzinie 11.00 jest msza na cmentarzu i tam spotykają się wszyscy przy grobach swoich najbliższych.
Jest to niby sympatyczny zwyczaj, ale mnie wkurza, bo ja wolałabym postać przy grobie Rodziców sama, podumać we względnej ciszy lub „porozmawiać” z Nimi.
Ale jest, jak jest, wiec żeby jakoś tę mszę przetrwać corocznie gadamy z bratem (szeptem of course) jak najęci.
Tym razem stała z nami córka z wnuczętami (kolejne pokolenie przyuczane do tradycji i obowiązku;(, i tłumaczyła dzieciom, ze podczas mszy się nie rozmawia, tylko słucha tego, co mówi ksiądz, więc nie chcieliśmy z bratem robić jej kreciej roboty i zamknęliśmy buzie na kłódkę.
Wiadomo, ze nawet najgrzeczniejsze dzieci długo w ciszy i spokoju nie wytrwają, córka z dziećmi przy grobie postała 20 min. i poszła sobie, więc można było wrócić z bratem do naszych starych nawyków;).
Ale przez ten czas, kiedy trzeba było dawać „dobry przykład” stojąc cicho, sporo sobie przemyślałam.
Chociażby to, że gdyby polskie prawo nie zabraniało przechowywania urny z prochami w domu, to nie musiałabym jeździć 300 km i stać tutaj jak słup, czy to piękna, jesienna pogoda, czy to deszcz, lub śnieg i mróz, bo i takie święta listopadowe pamiętam.
Miałabym Rodziców w urnie na regale, blisko siebie, zapaliłabym im świeczkę …
Ale nasza rzeczywistość to nie amerykański film.
Choćbym za życia poprosiła bliskich, by po śmierci rozsypali moje prochy na plaży, w górach czy po prostu schowali urnę z prochami do szafy - jest to sprzeczne z prawem.
Czasy się zmieniają, ale prawo jest pod tym względem bardzo konserwatywne.
Choć prawo jest jednoznaczne, tajemnicą poliszynela jest to, że rozsypywanie prochów i tak się zdarza.
Jak to możliwe?
Krematorium nie wydaje prochów w zaplombowanej urnie.
Po odebraniu można je przesypać i postąpić zgodnie ze swoją wolą, a do ceremonii pogrzebowej oddać nawet pustą urnę lub częściowo uzupełnić ją popiołem lub piaskiem.
Dlatego zrobię wszystko, by moje dzieci nie czuły presji, ze muszą co najmniej raz w roku jechać szmat drogi, by być w zgodzie z sumieniem i poczuciem tradycji.
Dobrze by było, by takie sprawy można załatwiać legalnie, zgodnie z obowiązującym prawem, ale jak widać u nas jeszcze długo się tak nie da.
A więc trzeba będzie skorzystać z wyjścia awaryjnego, tylko szczegóły trzeba będzie jeszcze z bratem obgadać i dopracować;))).

Cały czas siedzę nad kartkami świątecznymi, bo zamiast robić takie kartki jak w ub. roku – sprawdzone, wiadomo co i jak, szła by robota szybciej.
To nie, zawsze sobie coś nowego wymyślę, a potem trzeba zrobić kilka pierwowzorów, bym była z „dzieła” zadowolona, a czas ucieka.
Ale jakoś poszło, zostały mi jeszcze do wykończenia trzy kartki, do których trzeba dorobić szufladki na sianko i opłatek.
No i na „gwałt” kompletujemy „wkłady” do kalendarzy adwentowych dla Wiktorii i Stasia.

Zaczęłam również (bardzo nieudolnie i niemrawo) ćwiczyć przed wyjazdem do sanatorium, co by się trochę rozciągnąć, żeby mnie potem przez pół pobytu nie
męczyły zakwasy;).
To by było na tyle.

wtorek, 30 października 2018

Jesiennego krwotoku nic już nie powstrzyma.
Czerwień kapie z parku na ulicę...
jesień żyly sobie rozcięła
i blednie z zimna,
jak śmiertelnie senna
Eunice...

(Autor: Maria Pawlikowska – Jasnorzewska)

Pogoda się poprawiła na tyle, ze nie pada i jest ciepło.
Dobre i to, bo brnąc w błocie na cmentarzu z parasolką w ręce – nic przyjemnego.
Jeszcze kilkanaście lat temu zazwyczaj premierę tego dnia miały kozaki, futra, czapki i rękawiczki.
Pogoda, co tu dużo mówić, była taka jak wówczas  na listopad wypadało, przeważnie była mroźna.
Ale przyszło słynne ocieplenie, jakieś ciepłe wiatry wieją znad Afryki i ponoć będzie maj w listopadzie;))).
Jedziemy jutro rano, wracamy w piątek.
Hotel jest co prawda zamówiony do końca weekendu, ale … nie mam nastroju na wyjazdy i goszczenie się i najlepiej mi w domu.
I Vicia wygląda podejrzanie, nie wiem czy to jakaś choroba, czy starość.
Weterynarz trzy tygodnie temu powiedział, ze wydziwiam, ale on jej nie zna tak dobrze jak ja.
Co prawda koty będą pod opieką (bardzo dobrą) sąsiada, ale wolę być szybciej w domu.
Tym bardziej, że za dwa tygodnie będzie następny wyjazd…
Gratuluję sobie, ze w tym roku sanatorium zaklepałam od 18 listopada więc jest trochę czasu między wyjazdami.
Jeszcze dopakuję ładowarkę do telefonu i parasol (na wszelki wypadek;) i idę spać, bo czas nieubłagalnie  ucieka, a jutro muszę wstać o parszywej porze, czyli o 7.00, ja, która przed 10.00 z łóżka się nie zwlekam;).
A więc do następnego ….

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90