| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
środa, 29 marca 2017

Krokusy wyskakują z ziemi
jak wiolinowe nuty,
a panny się chylą nad niemi 
i z nut układają bukiet.

(Autor: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

Fotografowałam wczoraj jedyne kwiatki jakie tu spotkałam – krokusy.
A nad nimi unosiły się czarnożóte kuleczki z przezroczystymi skrzydełkami brzęcząc przy tym cudnym barytonem, najpiękniejszym odgłosem wiosennego przebudzenia.
Zabawnie wpychały swoje futrzaste ciałka w krokusowe kwiatki i biesiadowały w najlepsze.
Trzmiela stołówka została otwarta;)

Piękna pogoda była dotychczas w Busku, iście spacerowa, ciepło było, słoneczko świeciło, ptaszki śpiewały.
Była, bo dzisiaj od rana wieje jakby się diabeł na stodole powiesił, niebo zasnuło się chmurami, będzie padać.
Niech pada, deszcz jest tutaj potrzebny, może wtedy prędzej wiosna buchnie zielenią.
Bo wiosna tutaj jest mocno spóźniona, miałam nadzieję na kwitnące fiołki, których tutaj zawsze w kwietniu jest zatrzęsienie, ale mam obawy czy zdążą rozkwitnąć zanim wyjadę, bo ledwo co dopiero pokazały się spod ściółki.

Towarzystwo przy stoliku nie jest zbyt gadatliwe, więc jest ok.
Zabiegi, oprócz gimnastyki indywidualnej nie są męczące, wysypiam się, dużo czytam, coraz lepiej się czuję, jednym słowem - jest mi tu
bardzo dobrze.

Dobrą wiadomość przekazała mi dzisiaj rano córka.
Wzięła dalszy ciąg urlopu macierzyńskiego, a w zawiązku z tym nie zostanę sama z przygotowaniem świąt.
Idzie ku lepszemu;).

niedziela, 26 marca 2017

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi...

(Autor: Beata Obertyńska z tomu „Otawa”, 1945).

Jestem już w Busku Zdroju.
Pierwszy raz od lat, nie mogłam się doczekać wyjazdu do sanatorium.
To znaczy, nie koniecznie do sanatorium, po prostu na wskutek splotu różnych przypadków, oraz zbiegów okoliczności bardzo chciałam wziąć walizkę, trzasnąć drzwiami i opuścić lokal zwany mieszkaniem.
Dziś rano wzięłam walizki, drzwiami jednak nie trzasnęłam (a powinnam) syn odwiózł mnie do Buska, jestem w swoim pokoju (tym co zawsze), czekam aż pielęgniarka przyniesie mi rozpisany plan zabiegów by się wykąpać i pójść spać.

Na początku marca lekarz endokrynolog (nie mój, który prowadzi mnie od lat, tylko będący na zastępstwie) zafundował mi rollercoaster najwyższych lotów.
Otóż zmienił mi dotychczasowe leki na „lepsze”.
Nie wiem dlaczego tak zrobił, z dotychczasowego leczenia byłam zadowolona, poszłam tylko po receptę, bo jak wiadomo, przy schorzeniach tarczycy leki bierze się do końca życia.
Swoimi „lepszymi” lekami rozregulował mi hormony tarczycy, ze całymi dniami byłam tak  senna, ze ledwo powłóczyłam nogami
A jak trochę budziłam się do życia to byłam zła jak osa.
Moja kochana rodzinka jest przyzwyczajona, ze mama ma prawo źle się czuć, a nawet zachorować, ale to może trwać 2-4 dni.
Później mama wstaje włącza piąty bieg i działa.
A tu mija jeden tydzień, drugi tydzień, a mama albo siedzi przy biurku i gapi się w okno, albo warczy i każe spływać.
Więc zadają pytania a co jedno pytanie, to głupsze od drugiego.
Kiedy się zorientowałam co się ze mną dzieje, wróciłam do starych leków.
I z dnia na dzień jest lepiej, ale i tak bardzo chciałam zmienić otoczenie, bo w domu wśród tych głupio- mądrych rad bym chyba oszalała.

Teraz tylko cisza, spokój, spacery i za dwa tygodnie powinna być nówka sztuka trochę tylko śmigana;).
Wdech, wydech, wdech…od razu mniej mnie dusi i w czaszce mniej ściska.

czwartek, 16 marca 2017

W cieplarni uwięzione
pod szkłem, kwiaty zapominają, jaką słońce
jasnością płonie
i czym są powiewy rzeźwe, nad łąką tchnące.

(Autor: Konstandinos Kawafis, „Zapomnienie”)

Za chwilę minie pierwszy kwartał 2017 roku.
W sferze osobistej był dobry, w sferze ogólnospołecznej każdy widzi jaki jest.

Odszedł pan Wojciech Młynarski, mistrz tekstu i lapidarnego słowa.
Odchodzą spośród nas ludzie, którzy byli nam drogowskazami, ludzie stabilni, szlachetni i nieustraszeni – ludzie dęby.
Dęby – drzewa też znikają.

Wiosna idzie, przyroda budzi się do życia, źdźbła traw się zielenią, koty się marcują, ptaki drą się jak oszalałe.
Mnie natomiast wcale nie jest tak radośnie.
Poskarżyłam się lekarce na wizycie, że sił brak i wcale wiosny nie czuję, to mnie objechała, ze ją też dopadło przesilenie wiosenne i mam nie wydziwiać
tylko więcej przebywać na świeżym powietrzu.
No to spaceruję, ale nawet do tego muszę się zmuszać...

Jako, ze wiosna tuż, tuż, zmieniłam opony w samochodzie.
Żeby tak łatwo dało się zmienić zimową gnuśność na wiosenną radość życia.

Syn przysłał mi mailem prognozę pogody w Busku na ostatni tydzień miesiąca.
Ma być bardzo słoneczna.
Dobrze by było, gdyby prognoza się spełniła, ale tak po prawdzie ładną pogodą bardziej zainteresowany jest syn (tym razem to on mnie do
sanatorium odwozi) niż ja – będzie słonecznie, to będę spacerować, będzie deszczowo, to będę czytać książki.

Chyba dosyć już tego mojego pitu pitu, sorry, ale nic ciekawszego mnie obecnie nie stać;(.

ps. następny tydzień będzie bardzo trudny, grafik napięty do granic możliwości, jak go przeżyję, to odpoczynek po nim w Busku będzie zasłużony;).

Jak ktoś wie w jaki sposób obniżyć tytuł bloga niech da znać, z góry serdeczne bógzapłać.

środa, 08 marca 2017

(…) A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza...
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna.
Początek i koniec...(…).

Autor: Julian Tuwim.

8 marca, Dzień Kobiet, dość kontrowersyjny dzień.
Jedni świętują go z pompą, inni odsadzają od czci i wiary, że to święto czasów socjalizmu.
I pewnie, jak w wielu dyskusyjnych kwestiach, prawda leży po środku.
Od zawsze lubiłam ten dzień bo był odskocznią od szarej codzienności.
Mam na myśli sferę zawodową – w pracy były uroczystości „ku czci”, spotkania, kawa, kwiatki, jakieś prezenty typu osławione rajstopy, chociaż tak po prawdzie rajstop nigdy nie dostałam;).
No i koledzy, przynajmniej w tym dniu mówili ludzkim głosem.
Mimo, ze było miło i tak coś mnie w tym świątecznym dniu uwierało, czułam i widziałam, że mimo iż jest to Święto Kobiet, tak naprawdę świętowali panowie.
A obecnie?
No cóż, współczuję młodym kobietom.
My miałyśmy chociaż namiastkę święta, złamany goździk lub podwiędnięty tulipan.
One zamiast świętowania muszą strajkować.
Zamiast kwiatka, w dłoni mają parasolki by walczyć o poszanowanie standardów demokratycznego państwa, możliwości wyboru i samo decydowania o sobie.
No i kiedyś żaden pokurcz nie odważył się  publicznie, na forum międzynarodowym  powiedzieć, ze kobiety muszą zarabiać mniej, bo są słabsze, mniejsze i mniej inteligentne.

Ja dzisiejszy dzień "świętuję" na kanapie, w pozycji horyzontalnej.
Szkoda tylko, ze to "świętowanie" i ta pozycja w poziomie jest z konieczności a nie z wyboru;(.

niedziela, 05 marca 2017

Podobno z tego się nie wyrasta,
podobno to z czasem się zmienia.
Ty się nie zmieniaj, już taki zostań,
ty nie wyrastaj z marzenia.(…) 

I gdybyś nawet nie mógł sprostać
światu, co zmienia się i zmienia,
to ty się nie martw, taki już zostań,
ty nie wyrastaj z marzenia.

(Autor: Joanna Kulmowa).

Już niedługo wiosna, powtarzam sobie w myślach, po czym jeszcze często zapadam się w „sen zimowy” czyli nicmisieniechce.
Ale ostatnie słoneczne dni, to moim zdaniem pierwsze oznaki wiosny, wiec znowu powtarzam sobie … już niedługo wiosna.
Ostatnie słoneczne dni wywabiły mnie na balkon, na którym zrobiłam wiosenne porządki.
Przycięłam trawy ozdobne, przycięłam też oleander, który trochę przemarzł..
Donicę miał osłoniętą, więc powinien ożyć.
W najbliższych dniach wybiorę się do Centrum Ogrodniczego po kilka wiosennych kwiatków co by wniosły trochę wiosennego klimatu.

A tak poza tym dalej mam lenia i nic mi się nie chce.
Aby przedłużyć akcję kartki świąteczne wymyśliłam sobie, ze zrobię własnoręcznie kwiatki do ich dekoracji.
I robię.
Z foamiranu.
I świetnie się przy tym bawię – bo to i wyciąć trzeba i z lekka pokolorować, podgrzać i uformować, dodać pręciki, skleić ….
Wszystko, tylko nie powrót do rzeczywistości.
A wrócić trzeba, bo od minionego piątku zaczęłam swoją wędrówką po lekarzach a za trzy tygodnie wyjazd do sanatorium.
Wrócę na tydzień przed świętami, o tym,  jak ten przedświąteczny tydzień będzie u mnie wyglądał nie chce mi się nawet myśleć.
Na razie czekają mnie bardzo miłe chwile, idę świętować wczorajsze Imieniny do mojego ulubionego sąsiada:).

niedziela, 26 lutego 2017

Srebrny samolot wisi nad miastem,
po balkonach wiatry się kołyszą -
otwarte parki manifest piszą
wiosennem słońcem przez zielenie trawiaste.

W oranżerii płonie pożar kwiatów,
myśl jest pastelą, lekką jak lazur,
pędzlem rzucony na tło obrazu,  -
fantazja jak motyl przez słońce przelata.

(Autor: Włodzimierz Pietrzak, „Aleje Ujazdowskie” - Zbiór wierszy)

Za oknem dzieje się tak, ze broń Boże nie wyściubiaj nosa  na spacer, a najlepiej, to nie wyściubiaj nosa spod kołdry.
Bardzo mi to na rękę, bo wszystko co się rusza (mam na myśli kociaste) spi, a w domu panuje błoga cisza i spokój, które w tej chwili są balsamem
na moją zmaltretowaną duszę.
Ostatnie dni były paskudne, ale czego się więcej spodziewać po lutym.
Najgorsze było to, ze u nas wiało przez trzy dni niemiłosiernie.
A ja tak mam, ze jak wieje to ja śpię, bez względu czy to dzień, czy to noc.
Jednak tym razem musiałam być przenucona, bo była u nas Wiktoria.
Ona jest w wieku, ze bajkami i książeczką się już nie zadowoli.
Tym razem padło na oranżerie Ogrodu Botanicznego przy Al. Ujazdowskich.
Okazało się, ze oranżerie owszem, można zwiedzać, ale w grupach zorganizowanych i z przewodnikiem.
„Utworzyłam” więc trzy osobową grupę, opłaciłam przewodnika i wybraliśmy się do botanica.
Dla mnie nuda, mało roślin kwitnie, etymologia roślin interesuje mnie mniej niż średnio, ale na szczęście Małej się to spodobało i wykazała więcej zainteresowania ciekawości niż ja ze Ślubnym razem wzięci.

Wczoraj dojechała córka z wnuczkiem.
Wiktoria sama mi zbytnio rytmu dnia nie mąci, ot, trzeba się trochę sprężyć i jest ok.
Ale dwoje wnucząt razem, kiedy jedno się popisuje przed drugim to nie na moje nerwy.
I co dziwne, to w spokojną Wiktorię wstępuje wtedy diabeł, a Stasiek oczywiście wszystko po siostrze powtarza.
Kiedy więc wczoraj wieczorem wybyły „słodkie maleństwa” do swego domu padłam i zasnęłam snem kamiennym.
A w dzisiejszej ciszy leczę swoje sfatygowane nerwy i nawet ta ponura szarość za oknem jest kojąca. 

wtorek, 21 lutego 2017

Z niebieskich najrańszą piosnek
Ledwie zadzwonił skowronek,
Najrańszy
kwiatek pierwiosnek
Błysnął ze złotych obsłonek.

Za wcześnie,
kwiatku, za wcześnie,
Jeszcze północ mrozem dmucha,
Z gór białe nie zeszły
pleśnie,
Dąbrowa jeszcze nie sucha.

Przymruż złociste
światełka,
Ukryj się pod matki rąbek,
Nim cię zgubi śronu ząbek
Lub
chłodnej rosy perełka (...).

(Autor: Adam Mickiewicz, Ballady i romanse. „Pierwiosnek”)

Dostałam się chyba w jakieś zapętlenie czasoprzestrzeni, bo zupełnie nie wiem jak to się stało, ze minęły trzy tygodnie lutego.
Bo mnie się wydaje, ze jest dopiero początek miesiąca – przecież zrobiłam dopiero kilka kartek świątecznych, kilka zaproszeń na urodziny dla wnucząt, ogarnęłam nieco balkon, bo bardzo mi się chce wiosny i te suche, sterczące trawy, które jeszcze zimą były ozdobą balkonu, teraz mnie wkurzają.

Stęskniłam się za klimatami historycznymi, więc przeczytałam po raz drugi „Koronę śniegu i krwi” Elżbiety Cherezińskiej a teraz zabrałam się za „Niewidzialną koronę”, tej samej autorki. A jak mam już dość gęsto ścielących się trupów, krwi i politycznej ohydy (tak, tak, przed wiekami polityka też była brudna) to czytam babskie czytadło „Bądź przy mnie” Bogny Ziębickiej.
Bogna Ziębicka popełniła cykl  o Różanach i jego mieszkańcach składający się  z pięciu tomów.
Pierwsze trzy (Droga do Różan, Wiosna w Różanach i Tylko dzięki miłości) czytało mi się dobrze,  czwarty tom ( Bądź przy mnie) momentami „zgrzyta” lub przynudza.
Ciekawa jestem jak się będzie czytać tom ostatni (Na zawsze Różany).

Dotychczas szybko upływający czas mnie tylko trochę smucił, ze życie mija tak szybko.
Teraz zaczyna mnie niepokoić, ze przed wyjazdem do sanatorium (znowu jak zawsze;) będzie nerwówka.
Bo do zrobienia jeszcze mam dużo, a czasu niewiele, zważywszy, ze od 4 marca zaczynam swoje wizyty kontrolne, czyli kolędowanie po lekarzach.
Wreszcie kończy mi się katar, który trzymał mnie ponad dwa tygodnie, a mówią, ze katar leczony lub nie leczony trwa 7 dni;).

W czwartek wieczorem zabieram do siebie Wiktorię i przez cały weekend robimy sobie Dzień Dziecka, oby tylko pogoda nam dopisała.

wtorek, 14 lutego 2017

Czas to bezwzględny złodziej
naszego życia.
Kradnie nam sekundy, 
dni i lata.

Nie uznaje kompromisu,
nie poddaje się korupcji.
Ukradzionego czasu nie zwraca,
a ciągle żąda
więcej i więcej.

Nie chce negocjacji,
kradnie każdemu bez wyjątku.
Nikomu nie podaruje
i nie odda skradzionych
sekund, dni i lat.
(Autor nieznany, znalezione w Internecie).



Przeczołgało i przygięło mnie do ziemi tym razem „lumbago” solidnie.
Na szczęście teraz już jestem naprawiona.
A w między czasie pochłonęła mnie całkowicie codzienność.
Kilka dni była u nas Wiktoria.
Staś od początku stycznia chodzi do żłobka, i pod koniec miesiąca dopadła go infekcja żłobkowa, a Mała przyjechała do nas, by Staś mógł spokojnie wychorować się w domu.
To były bardzo miłe dni, buszowałyśmy po lesie w Powsinie i po powsińskich polach, lepiłyśmy bałwana.
W domu było czytanie bajek, lepienie kartek (z pomocą wnuczki;) i zaprojektowałyśmy wzór zaproszeń na urodziny Wiktorii i Stasia.
Urodziny dopiero na początku kwietnia (1 i 2), ale muszę je pociąć i pokleić.
A kiedy już Wiktoria wróciła do domu nawiedził mnie Gość, a właściwie Gościówa
Znamy się jeszcze z DTS, Ona co prawda bloga już nie pisze, ale dalej nam się miło rozmawia.
W lutym rozwiązał się worek z gośćmi, bo po Kasi odwiedziła mnie następna koleżanka, z którą umawiałyśmy się chyba już od dwóch lat.
Gotowałyśmy, piekłyśmy ciasta, gadałyśmy jak nakręcone, a wieczorami zwiedzałyśmy warszawskie przybytki kultury (byłyśmy w teatrze „Kwadrat” i „6 piętro”).
Kiedy gość odjechał, przyszły mrozy, które znowu zakotwiczyły mnie w domu.
Siedzę sobie, jak u Pana Boga za piecem, choć wiem, ze powinnam się z chałupy ruszyć chociażby po to, by się przewietrzyć.
Bo jak pisze w ostatniej „Urodzie życia” Stanisława Celińska - "Trzeba wychodzić z domu, żeby poczuć przestrzeń, żeby kosmos miał dostęp do nas".
Bardzo mi się to co przeczytałam spodobało, bo wiem, że dla kondycji psychicznej i fizycznej, takie "wyjście z domu" jest bardzo ważne.
Może to być najzwyklejszy, nawet krótki, spacer.
A jeżeli uda się nam wyrwać do parku, albo do lasu, to wtedy'' kosmos" ma do nas dostęp doskonały;).
Tylko ten mróz niech już sobie pójdzie precz!.

Errata.
Na życzenie córki mam zamieścić sprostowanie, ze ponoć w krzyżu nie łupnęło mi od uczestniczenia w świętowaniu Dnia Babci i Dziadka w przedszkolu u Wiktorii, tylko od  odtańczenia ognistego twista na tejże uroczystości.
Fakt, tańczyłam, zresztą inne babcie i dziadkowie też tańczyli, bo kto by nie tańczył, kiedy grają tę energetyczną muzykę z przed lat.
Ale nie sadzę, by taniec komuś zaszkodził;))).

poniedziałek, 30 stycznia 2017

zazdroszcząc  przebiśniegom
śmiało rwą się na świat
wychylając ochoczo z ziemi
żywo zielone kiełki

zrażone chłodem stulone
jakby drzemią, oczekując nieśmiało
na czułe pocałunki słońca
na delikatną pieszczotę wiatru
na orzeźwiające połyskujące jak diamenty krople rosy

wdzięczne..
nagle rozkwitają...
rozchylając w pełni swe urocze
subtelnie zabarwione płatki
różowe białe fioletowe

czarując..
wyrafinowanym kształtem
i intensywnym aromatem
(Autor nieznany, znalezione w Internecie)

A mówiłam i tłumaczyłam, że niewyraźne się czuję i nie pojadę na Dzień Babci i Dziadka do przedszkola, że zostanę w domu i pojedzie tylko Dziadek.
Ale córka przekonywała - Wiktorii będzie przykro, mówi wierszyk dla Babci, przecież przyjedziesz samochodem, w przedszkolu jest ciepło, usiądziesz sobie spokojnie, nie powinno ci to zaszkodzić.
A jednak zaszkodziło.
W piątek jako tako, z większego bałaganu ogarnęłam mieszkanie, na obiad zrobiłam zapiekany ryż z jabłkami, bo na nic innego nie miałam już siły.
Ale jeszcze stałam prosto i na własnych nogach.
W sobotę rano Zonk!
Nie potrafię zwlec się z łóżka, do ogólnego rozbicia dał mi się we znaki kręgosłup lędźwiowy.
Smarowanie, nagrzewanie, leżenie w łóżku i jest git .. dopóki się nie ruszam.
Kiedy wstaję, czy to z krzesła, czy z łóżka to strasznie jojkam;)
Bo przy poruszaniu boli jak ... no boli i już!
I chodzę przygięta do ziemi jak "Scigany" (w latach sześćdziesiątych był taki amerykański serial, w którym główny bohater, właśnie ten ścigany przemykał chyłkiem, zupełnie jak ja teraz;).

Za oknem jest tak pięknie, to znaczy słonecznie i chciałoby się do lasu, albo przynajmniej do Łazienek.
Albo wyklejać karteczki, bo pomysły mnie bombardują.
Ogólnie czuję się dobrze, a tu trzeba leżeć i się nie ruszać,  więc rośnie we mnie wkur... i obiecuję sobie, że jak tylko naprawi mi się kręgosłup to ukręcę córce łeb.
Że Ona tak po prawdzie jest niczemu winna?
I co z tego?
Ktoś musi być winny.
Na razie, idę w poziom, bo znowu boli.

środa, 25 stycznia 2017

Spytał mnie raz przy kawie pewien człek ciekawy,
co znaczy, kiedy drogę czarny kot przebiega;
bo on w takim przypadku ma pewne obawy,
podobnie – jego babka, ciotka i kolega.

Ja na to odpowiedzieć potrafię i mogę;
ta wiadomość zapewne i innych ucieszy:
Otóż, kiedy kot czarny przebiega wam drogę,
to z pewnością oznacza, że gdzieś mu się spieszy.
(Autor: Franciszek Jan Klimek).


Zdążyłam zrobić tylko kilka zdjęć, jak Felek poderwał swoją tłusta dupencje i sprintem wskoczył za kanapę.

Nie odzywam się, bo nie dzieje się nic godnego zanotowania.
Święto Geriatrii minęło, wnuczęta się postarały by było tak, jak powinno być w tym dniu, czyli miło, ciepło, wesoło.
Jak patrzę na najstarszego wnuka, już studenta, to nie mogę się nadziwić, że ten czas tak szybko upłynął – przecież nie tak dawno chodził do przedszkola i
zapraszał mnie na swoje występy z okazji Dnia Babci.

Poza tym, kondycja mi siadła i ta fizyczna i ta psychiczna.
Nie żeby to był jakiś wielki dół, to nie jest nawet dołek, ale jest mi tak jakoś śmakoś.
Oczekując lepszego samopoczucia (a przede wszystkim słoneczka, bez którego nie potrafię funkcjonować;) zagłębiam się w klejenie kartek i zapominam o świecie.
No bo co tu robić, za okno nie ma co zerkać, bo ta ponurość i resztki śniegu jeszcze bardziej człowieka dobijają.
Wieczorami czytam „Kota w pralce” Jerzego Iwaszkiewicza i momentami rechoczę niemożebnie, aż Vicia i Felek patrzą na mnie dziwnym wzrokiem.
W kolejce czekają „Piegi na katar” tegoż samego autora.
No to do lepszego...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 79