Akcja: Nie kradnij zdjęć!
ZAPISANE OKIEM OBIEKTYWU
Kategorie: Wszystkie | Co nas otacza. | Codzienność. | Makro.
RSS
niedziela, 25 września 2016

Wszystko wam oddam tylko nie te trawy
Łąk pokoszonych i cień pod modrzewiem.
Szuwarem pachną zamulone stawy
I coś gadają. Co takiego? Nie wiem.

Cały dzień chodzę, przysiadam w tym cieniu
I to, co widzę, powtarzam bez związku:
Piasek, zielone kamyki w strumieniu,
Łąki i stawy – i znów od początku.

Dopiero nocą, gdy idziemy skrajem
Rzęs ponadwodnych w blady księżyc z wosku,
Zgaduję nagle, że idę mym krajem
I trawy pachną i więdną po polsku.

(Autor: Kazimierz Wierzyński  – z tomiku KORZEC MAKU 1951 r.)



Jesienny wiatr powłóczystymi krokami chodzi po świecie, trąca krzewy, plącze gałęzie drzewom, zdmuchując pierwsze liście i trzęsie wysokimi
trawami.
Wiatr psotnik szumi w gałęziach drzew, szemrze w krzewach i szeleści w suchych trawach, przeszkadza w ptasich obradach na których zapad decyzja – "te odlatują, te zostają".
W tyglu Przyrody dzieją się dziwy nad dziwami, trawy szepczą, chrzęszczą opadłe liście, klucz dzikich gęsi pisze po niebie literkę V, wrony krakaniem przywołują zimę, nie zgadzają się na to sroki, które hałaśliwym skrzeczeniem chcę zagłuszyć krakanie.
A wiatr śmieje się tylko z tego złośliwie…

Powiadają, ze całe życie człowiek się uczy.
To święta prawda.
Chcecie przykładu?
Proszę bardzo.
Przez sporo dni wiosennych biegałam po centrach ogrodniczych w poszukiwaniu traw ozdobnych.
Nie to żebym ich nie miała na balkonie.
Miałam , ale były takie mało wyględne, to znaczy bardzo skromnie kwitły.
A mnie się chciało takich z wielkimi kłosami i puchatymi wiechami.
No i znalazłam, trawy urosły, zakwitły, cieszą oczy ale….
Ale codziennie, a czasem i dwa razy dziennie muszę odkurzać balkon, bo puchate wiechy sypią się na potęgę.
I w przyszłym roku będę biegać po sklepach ogrodniczych ponownie.
Tym razem za trawami, które kwitną „skromnie” lub w naszym klimacie w ogóle nie kwitną.
Powiadają także, ze mimo to umiera … niedouczony.
Ale na tę drugą część powiedzenia spuśćmy zasłonę milczenia.

Poza tym w dalszym ciągu kolęduję po lekarzach.
Jutro najważniejsza wizyta, na samą myśl, ze muszę wreszcie odebrać wyniki (i je zobaczyć) mam mdłości;(.

poniedziałek, 19 września 2016

Jesień rozsiadła się na brzegach lasu,
nikt jej nie prosił –  znów przyszła i gości,
lasy wrześniowe zmienia barwą czasu,
poranną mgłą spada cicho, kroplą rosy.

Jesienne wrzosy na przydrożnych ścieżkach
tak ładnie zbocze kolorem ubrały,
liściaste drzewa czeszą rude włosy,
nuty nostalgii z wiatrem uleciały…

Znów na polankach i zboczach pagórków
przy leśnych dróżkach , wśród kamiennych skałek
kwitną kępami  tkane wrzosowiska,
jesiennych smaków, miłością dojrzałe.

W sukniach wrzosowych paradne  polany,
liliowym kolorem otulone zbocze,
nikt ich nie sadził i nie pielęgnował,
a tak zachwycają i tak cieszą oczy.

Wrzosowym wieńcem - wrześnie się panoszą (…).

(Autor: Janina Halabarda, wrzesień, 2013)

Lubię wrzesień.
Nie przeszkadza mi, że trzeba wyciągać z szafy swetry, że  pora żegnać się z  sandałkami.
Lubię kolory owoców i różnorodność warzyw, krople rosy na pajęczynach, babie lato.
Rzadziej koszone trawniki wyglądają jak hipisi na głowy których ze stoickim spokojem spadają pierwsze zasuszone liście.
Wrzesień, to pora astrów i dalii w ogrodzie, w lesie maleńkimi dzwoneczkami dzwonią wrzosy,  na mazowieckich łąkach i ugorach żółci się nawłoć i srebrzą się puszyste osty. 

Przytulny i ciepły pled, ulubiony kubek, wygodne kapcie, miętowe pralinki w czekoladzie, dobra książka, tomik poezji i muzyka w tle, mruczący kot
na kolanach  - to mój jesienny zestaw.
Za oknem  krzaki czarnego bzu ubrane w ucztujące na nich wróble.
Widok piękniejszymi niż jakiekolwiek dizajnerskie, jesienne gadżety.
Jestem gotowa na jesień – jesieni przybywaj.

Radość oczekiwania mąci mi jednak mój największy wróg, który nawiedza mnie co kwartał – badania okresowe i „kolędowanie” od lekarza do lekarza.
Zaczęłam w ubiegłym tygodniu, mam dwie wizyty za sobą, w tym tygodniu jeszcze dwie przede mną.
I tak do 17 października – trzy, cztery razy w tygodniu.
Znowu w gardle siedzi mi gula, która utrudnia połykanie, minie jak skończą się wędrówki po lekarzach.

czwartek, 15 września 2016

Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata,
kiedy jeszcze zielone bije zegar chwile,
w które się już nieżywy karmin gęsto wplata...
Kobieto, włóż maskę i skrzydła motyle
i biegaj, i szukaj trwożliwie,
ciekawie w chińskim pawilonie i w szpalerów cieniu
(a mgła się już wznosi... Żurawie!!! Żurawie!!!) -
gdzie oczy wołające ciebie po imieniu? -

Pilnujcie, pilnujcie ostatnich dni lata,
gdy zielone wachlarze drzew migocą złotem. -
O kobieto przecudna, kobieto bogata,
szukaj za jaworami, za różanym płotem -
pytaj się pawiookich wód w okrągłym stawie,
gdy jęk wichru przepływa przez trzcin pióropusze
(a mgła się już wznosi - Żurawie!! Żurawie!!) -
gdzie usta, które miały całować twą duszę??

(Autor: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska).



Manufaktura pomidorowo – ogórkowa nadal nie ruszyła, bo ten tydzień zszedł mi na wożeniu Vici do Pruszkowa na kroplówki a po południ na niańczeniu Stasia.
Ze słodkiego, spokojnego maleństwa zrobił się nicpoń i terrorysta i dokucza, szczególnie matce.
Ja tam z byciem konsekwentną nie mam problemu i myślę, ze Mały szybko podłapie co można a co nie.

Poza tym ostatnie dni lata są bardzo pracowite, słońce upiększa świat złocista inkrustacją.
Poranne mgły snują swój woal, na którym przyroda zaczyna swój jesienny haft.
Koniec lata rozwinął kwiaty na daliach i georginiach kolorowych jak tęcza, w których rano  rosa błyszczy jak brylanty.
To moje ulubione jesienne kwiaty.

Później zastąpią je chryzantemy o gorzko cierpkim zapachu leków, ale cicho sza, to smutne.
Odgońmy smutek chryzantem i listopada i wspomnień po kochanych, którzy stali się snem, jeszcze nie pora, jeszcze nie czas.
Na razie mamy wrzesień z babim latem w ogrodach i sadach, na malinach, na fasoli, na słonecznikach, na winogronach.
No i są wrzosy - w weekend, jak dopisze pogoda wybiorę się do lasu po wrzosowe bukiety.
Kiedy myślę o tym, ze za chwilę kończy się lato, które co dopiero nastało, że dzieje się to nieustannie, nic ani nikt tego nie zatrzyma ani nie przyspieszy…po prostu czas i jego nieuchronność.
Jak sobie człowiek uświadomi tę nieuchronność, że czas zrobi z nami, co zechce, to się pełniej żyje.

Każdy dzień smakuje lepiej,  wrzosy są ładniejsze, deszcz jest przyjemny,  maliny słodsze, ostatnie ciepłe dni – rozkoszne.

wtorek, 13 września 2016

Wśród georginij - brzęczenie os.
Twojeż to kroki? Twójże to głos?
To - koniec lata, jeden z tych dni,
Gdy słońce blednie, a ogród lśni.

To chory półsen znużonych drzew.
Odwróć swe oczy, ucisz swój śpiew!
To - spija rosę ostatni znój -
To - w cieniu twoim cień spoczął mój.

(Autor: Bolesław Leśmian)



W ubiegłym tygodniu wybrałam się do Ogrodu Botanicznego by jak co roku pozachwycać się pięknem dalii.
Lubię tę część Ogrodu, gdzie rzędy dorodnych kęp prostych i wysokich stoją jak żołnierze księcia Poniatowskiego, wznosząc swoje kolorowe głowy do późnoletniego słońca, czarując wyrazistymi barwami i mnogością odmian.
Łapałam i uwieczniałam ich krasę obiektywem, a przyznać muszę, że są to modele piękne i wdzięczne.
W powszedni dzień nie ma wielu zwiedzających, jest pięknie, spokój, cisza, którą zakłócają tylko brzęczeniem pracowite pszczoły.
Można być tam  szczęśliwym, że kwitną tak piękne kwiaty, że jeszcze jest tyle słońca, i że jeszcze do listopada daleko, że jeszcze zdążę nacieszyć oczy barwami jesieni.
Zastanawiałam się, czy o tych kwiatach - kojarzących mi się z ogrodami, które zapamiętałam z dzieciństwa, bo teraz rzadko widuję dalię w ogrodach - ktoś
kiedyś pisał wiersze.
Wiem, ze pisał Tuwim i Leśmian, czy ktoś jeszcze?

Stan Vici w nocy z soboty na niedzielę się nie polepszył więc w niedzielę trzeba było pojechać z kicią do lekarza.
Dobrze się składa, ze lecznica naszego domowego weterynarza, który od przeszło dwudziestu lat opiekuje się naszymi kotami, jest czynna również w niedzielę.
Kot został przebadany, zrobiono mu USG, zastosowano leczenie.
Ma być dobrze.
Na razie jeżdżę codziennie z kotem na kroplówki w których ma podawany antybiotyk, lek przeciwwymiotny, leki osłonowe i wzmacniające.
Z Vicią jest lepiej, najlepszy dowód na to, że zaczyna się awanturować z Felkiem;).

sobota, 10 września 2016

"(...) Któż nieporadnym słowem wyśpiewać piękno twe zdolne,
grodzie stary, twej duszy któż może wyraz dać godny?
Błądząc wśród siwych murów, czar nowy odkrywam co dnia,
co dnia na nowo serce oddaję w twoją niewolę (...)".

(Autor: Franciszka Arnsztajnowa)

Czas na wdrapanie się na drugą wieżę zwaną Wieżą Bramną.
To już nie mam zadyszki ani lęku wysokości, po prostu schody są grubości muru, więc nie widać wysokości.
Poza tym była to wieża również mieszkalna, schody nie są takie strome.
Poniżej Wieża Bramna.

Schodami zewnętrznym wchodzi się na pierwszą kondygnację, kiedyś była tam izba straży.
Obecnie znajduje się tam łoże zbite z desek z baldachimem "cudnej" urody.
Jest możliwość spędzić na tym łożu noc, oczywiście trzeba mieć swój śpiwór albo inne bety.
Jest tam też księga pamiątkowa, która ma spore powodzenie, szczególnie wśród dzieci i młodzieży - przegląda się jak fajny komiks;).

Takimi schodami wchodzi się na drugą kondygnację.
Kiedyś było tam mieszkanie burgrabiego, teraz jest tam jakaś wystawa.



Wchodzimy na trzecią kondygnację, była to kondygnacja obronna ze strzelnicami.

I następne schody w górę, na czwartą, ostatnią kondygnację, też strzelniczą.
Kiedyś ta wieża (i pozostałe) miała dach kryty gontami.

A to widoki z wieży.

No i koniec wycieczki.
Jeszcze tylko jemy obiad w restauracji Podzamcze (fuj, fuj, fuj, nie polecam) i zmęczeni ale i zadowoleni wracamy do domu.


Przeciekł mi ten tydzień przez palce, w czwartek wieczorem sprzeczałam się z córką, że skąd, że przecież jutro nie jest piątek, że niemożliwe…
Możliwe, niestety.
Trochę wsiąkłam w robienie przetworów, zawiniły mirabelki, które przypadkiem stanęły na mojej drodze i mnie uwiodły.
Były wyjątkowo dorodne, rosły na brzegu lasu, od strony pól, a więc nie skażone spalinami, nazbierałam ich więc solidną siatkę.
Zrobiłam z nich coś a’la konfiturę.
Ale żeby nie czuły się tak bardzo osamotnione na półce dla przetworów jesiennych dokupiłam dużych, fioletowych śliw i zrobiłam je podobnie jak mirabelki.

W empiku weszłam między regały z książkami.
Wyszłam z „Upadkiem gigantów” Kena Folleta i jeszcze z trzema babskimi czytadłami („Po tamtej stronie śmierci”- Marii Nurowskiej, „Miłość peonii” Lisy See  i „Prezenterki tele PRL” Aleksandry Szarłat), były przecenione, więc jak miałam ich nie kupić.
Złapałam się za „Upadek gigantów” – ksiązka ma ponad 1000 stron i nie jest z tych, które można sobie dawkować, lub odłożyć na kilka dni.
A są jeszcze dwie następne części „Zima świata” i „Krawędź wieczności”.
Nie kupię ich na razie, kupię je w listopadzie, przed wyjazdem do sanatorium.
Książki nie będę streszczać, ani nie będę pisać recenzji, bo nie jestem od tego.
Przytoczę Wam jednak kilka zdań, które na temat książki znalazłam w Internecie.
"Garstka wysoko postawionych durniów z głupią dumą i oślim uporem decyduje o życiu milionów niczemu niewinnych ludzi. Taki przekaz niesie ze sobą ta książka.
Wojna to śmierć i zniszczenie, giną zwyczajni ludzie, ich życie rozpada się na kawałki.
Nawet jeśli dane im było przeżyć ten koszmar, to co zostało z ich życia?
Pustka, zniechęcenie, psychiczny balast do końca ich dni. W imię czego? Chyba nawet ci, którzy rozpętali to całe piekło, ostatecznie nie wiedzieli tak naprawdę dlaczego".
Czyż nie brzmi to całkiem znajomo, przecież można to dokładnie odnieść od obecnej sytuacji w Europie, na świecie.

Piękne mamy dni w tegorocznym wrześniu, już lekko jesienne, ciepłe,prawie  bezwietrzne, ciche i złote, jak miodowy kryształ.
W willowej części osiedla w ogródkach jeszcze pachną floksy.
Na polach i ugorach nawłoć wabi motyle.
W Ogrodzie Botanicznym mieczyki gubią już kwiaty, ale dalie puszą się jak damy dworu Marii Antoniny, strojne w puder, róż i aksamit (zrobiłam zdjęcia,
niebawem Wam je przedstawię).
Siedzę na balkonie z Vicią na kolanach.
Cicho, ciepło, leniwie, spokojnie, nic nie muszę.
Popijam kompot jabłkowi i byłabym szczęśliwa, gdyby do serca nie wkradał się strach i niepokój właśnie o kicię.
Zachorzała mi bidulka wczoraj przed wieczorem, całą noc chodziłam ze ściereczką i sprzątałam po niej, pod koniec już nie bardzo czym miała wymiotować, męczyła się bardzo.
Nad ranem jej przeszło, do teraz jest spokój.
Mnie strach nie opuszcza, bo objawy są bardzo podobne do tych, które miał Bandyta półtora roku temu.

poniedziałek, 05 września 2016

Gdy astry zakwitną to wiem, że już jesień,
Nieważne październik czy też mokry wrzesień,
Jest jesień i zimno wkrada się do myśli,
W snach tylko nadzieja, że się lato przyśni.

Jesienią omijam wszystkie zimne lustra,
Bo w nich twarz zszarzała bez wyrazu pusta,
Tam usta zgubiły uśmiech latem ciepły,
Nie patrzę, wiem przecież marzenia uciekły.

Lecz patrzę na astry jak je barwi jesień,
Im zimno nie szkodzi nie marzą o lecie,
Bo w lecie pragnienie trudniej jest ugasić,
Wciąż patrzę na astry to musi coś znaczyć.
(Autor nieznany - znalezione w Internecie)

Wiktoria w sobotę wróciła na Saską Kępę, do domu wróciła cisza i spokój, koty odetchnęły, ja też.
Dzisiaj już poszła do przedszkola, swojemu tacie zapowiedziała, ze odprowadza ją tylko do drzwi, do szatni to już ona sama, bo przecież jest już w
średniakach.
Cały weekend był leniwy i wyciszony.
Uznałam, ze skoro Wewnętrzne Ja  mówi mi – odpuść, odpocznij, poleż, pośpij, to nie będę z nim polemizować i się wykłócać.
Do porządków i do garnków wróciłam dzisiaj.

Z wiekiem jestem coraz mniej odporna na krętactwo i kłamstwo oraz fochy z wyimaginowanych zdarzeń.
Skreślam osoby, które zniekształcają i fałszują rzeczywistość i w efekcie coraz mniej ludzi wokół mnie.
Powinno mnie to martwić, a wcale nie martwi.

Poza tym nic ciekawego się u mnie nie dzieje, przynajmniej na tyle, żeby watro o tym wspominać na blogu i niech tak zostanie, bo dobrze mi z tym.

środa, 31 sierpnia 2016

Pusty, senny dziedziniec
Kronik puste stronice
Nikt nie zdążył zapisać
Jak tętniło tu życie

Starych murów szkielety
Pogrzebane w milczeniu
Żadnej blizny czy skazy
Na niczyim sumieniu

W tym wieczornym bezkresie
Wciąga myśli nurt rzeki
Czy to tak brzmiał testament ?
Po to niosły go wieki ?

W złotym słońca kojeniu
Czyjś szept szumi wraz w wodą
„W Twoich śladach wciąż życie !
Wciąż jesteśmy tu z Tobą…”

(Autor: Rafał Gręźlikowski – „Bezimienny”).

Jak już pisałam, znudzeni monotonnością spacerów Ogród Botaniczny - Łazienki - Las Kabacki, wybraliśmy się na zamek do Czerska.
Dlaczego Czersk?
Ano dlatego, że jest w miarę blisko i można go zwiedzać z małymi dziećmi (pojechaliśmy w piątkę - Wiktoria, Staś, córka, Ślubny i ja).
Tak zamek wygląda z zewnątrz.

Zdjęcia robione z dziedzińca zamkowego.

Wchodzę na wieżę zwaną Wieżą Południową (na zdjęciu wyżej).
Była to wieża obronna, w podziemiach wieży znajdowało się więzienie.
Nie wiem ile ma metrów wysokości, ale przyznam się, ze trochę dostałam zadyszki;).
Nie to jednak mnie zdziwiło/zaskoczyło, ale to, ze na starość mam lęk wysokości, którego nigdy nie miałam.
Trzy poniższe zdjęcia zrobione są z poziomu chodnika straży, tzn. przy tej barierce po lewej na powyższym zdjęciu.

Jestem na samej górze przy okienkach strzelniczych.
Czuję się nieco niepewnie, ale skoro już tam wlazłam, to obchodzę wieżę dookoła.
Tak wygląda wewnątrz.

Poniżej zdjęcia robione przez okienka strzelnicze.

Na dole w lewym rogu dziadek trzyma Stasia na rękach a wiktoria macha do nas rękami.

Zdjęcia z drugiej wieży, tej kwadratowej zwanej Wieżą Bramną w następnym poście.
Bardzo Was przepraszam, ze nie odpowiadam na komentarze i do Was nie zaglądam, ale siła wyższa;).
Nie przypuszczałam jakiej trzeba dyplomacji, by odwieść Wiktorię od pomagania mi we wszystkim tak, by to było tylko tymczasowo, a nie zostało jej tak na zawsze (za kilka lat jej pomoc będzie mile widziana;).
Jak trzeba ćwiczyć cierpliwość na wszystkie jej "babciu, posłuchaj, opowiem ci", "babciu, wytłumacz mi dlaczego", "babciu, choć porysujemy, upieczemy ciasteczka, ugotujemy kisielek, uszyjemy lalce sukienkę" itd....
Jestem zmęczona, nie tyle fizycznie, co psychicznie i chce mi się spokoju, mojej ciszy i samotni.
Mam nadzieję, ze do weekendu sprawa się wyprostuje, bo Staś wyszedł ze szpitala już wczoraj, nie było to podejrzane zapalenia płuc, tylko ... rośnie mu pięć zębów na raz.

piątek, 26 sierpnia 2016

Sierpień, z jego obłokami pachnących kwiatów,
Sierpień, z jego wielkimi stogami gigantycznych chmur,
Sierpień, z plantacjami kukurydzy stojącymi jak żołnierze w szeregu,
Sierpień, z arbuzami pełnymi i ciężkimi, drzemiącymi w słońcu,
Sierpień.

Sierpień, czy pamiętasz kąpiele w jeziorze?
Sierpień, czy pamiętasz dziecko Alicji wyjadające delikatnie owoce z wina?
Sierpień, czy pamiętasz Richie'go bawiącego się z kozą?
Sierpień, czy pamiętasz Donalda ćwiczącego na swoim nowym saksofonie?
Sierpień.

Sierpień i jego świecące koronkowe niebo,
Sierpień i nowożeńcy Pat i Chet dekorujący swój nowy dom,
Sierpień i Odważny Bil, Nieustraszony Bil na dwóch kołach swojego roweru,
Sierpień i migoczące wspomnienia zawieszone jak krople rosy,
Sierpień.

Sierpień, hojny, sierpień pełny,
Sierpień, mama rozgrzana, ale uśmiechnięta nad talerzem soczystego
pieczonego kurczaka,
Sierpień, tata miksujący jej mrożony napój miętowy,
Sierpień, błogosławione żniwa wspomnień,
Sierpień.

(Autor: Mary Naylor - "Żniwa) z tomu „Of Tails and Scales, Feathers and Pebbles, and Endless
Immeasurables”, 2007 tłum. z angielskiego Ryszard Mierzejewski.



Sierpień rządzi po swojemu, dopieszcza owoce w sadach, dogrzewa warzywa w warzywnikach, z pól sprzątnął zboża – pracowity jest bardzo.
Pije ze mną kompot z mirabelek i obdarował mnie ostatnimi papierówkami, ale na plotki nie ma czasu, bo szykuje się do drogi.
A za progiem już wrzesień z pędzlem i farbami by jak najprędzej zabrać się za malowane wrzosów i przydać koloru owocom w sadach.
No i Pani Jesień ciągnie już do nas ze swoim kolorowym cygańskim taborem.

Tydzień minął mi błyskawicznie.
Bardzo udany tydzień, choć w kościach czuję jego ciężar.
Albowiem była u nas wnuczka więc wywiewało nas z domu, jak powsinogi włóczyliśmy się po Ogrodach Botanicznych, gdzie podglądałam jak astry porównują swoją krasę z floksami i wykłócają się które bardziej urocze..
Praktycznie wracaliśmy na obiadokolację, a potem już tylko krótki odpoczynek, kąpiel i spanie.
Parki i Ogrody Botaniczne nam już trochę powszechniały, więc wczoraj pojechaliśmy do Czerska by zwiedzić Zamek (a właściwie ruiny) Książąt Mazowieckich.

Z przetworami w sierpniu dałam sobie spokój.
Muszę jednak zrobić przeciery pomidorowe i zakisić w słoikach ogórki na zupę.
Właśnie w poniedziałek miałam zabrać się za pomidorowo – ogórkową manufakturę, ale …
Staś dzisiaj zachorował i w ciągu kilku godzin trafił do szpitala.
W związku z tym Wiktoria będzie w dalszym ciągu u nas.
A robienie przetworów z dzieckiem, które BARDZO chce pomagać nie jest mi wcale na rękę.
I tak to plany sobie, a życie sobie….

niedziela, 21 sierpnia 2016

Każda opowieść, myśl czy spojrzenie
Tworzą swój mały taniec kolorów
Gdy poskładają się w jedną całość
Wzór tworzą inny od wszystkich wzorów… 

(Autor: Małgorzata Kowzan).

Miniony tydzień minął pod hasłem „boli mnie gardło i źle się czuję”.
Jedni uznali, ze to czas rekonwalescencji, inni, ze to był tydzień lenia.
W Polsce, jak na razie, jest wolność słowa, więc każdy ma prawo mieć swoje zdanie.
Moje jest takie, ze był to bardzo fajny tydzień, i mimo pewnych niedogodności jak np. opryszczka, czy nieudana wizyta u fryzjera, bardzo mi ten czas nicnierobienia pasował.
Przeżyłam ten tydzień obcując z książką, siedząc na balkonie, jedząc owoce i obserwując świat.
Drobne rzeczy obserwowałam - błękit nieba, kształt obłoków, szeleszczące trawy na balkonie, dzieci, panów emerytów spacerujących na skwerku i wyraźnie się nudzących, narzekających i na Tuska i na Kaczyńskiego, na młodzież, na baby, na uchodźców, na papieża - niech się nie wpier…la w nie swoje sprawy, że rząd obiecał a nie daje i na jakiegoś Józka, który zapił i czegoś nie wymurował.

Nieudana wizyta u fryzjera – no cóż, całe szczęście, ze w najbliższym tygodniu nie mam żalnego poważniejszego wyjścia.
Moja fryzjerka, ma złote ręce, strzyże fantastyczne, ale jak to się w życiu zdarza, nawet mistrz popełnia falstart.
Żeby się nie wdawać w szczegóły, po fryzjerze wyglądam jak Ziemowit po pierwszych postrzyżynach.
Jak już muszę pokazać się ludziom to stawiam włosy na żel i wyglądam jak punkówa na głębokiej emeryturze, ale i tak ten wygląd jest lepszy od linii cięcia a’la garnek na głowie.
Całe szczęście, ze włosy i paznokcie mi bardzo szybko rosną (żeby w takim tempie pieniądze na konto przybywały to byście mi mówili pani Rockefeller;).

A pogoda się znowu skiepściła, mam nadzieję, ze to tylko chwilowo, bo od jutra znowu Wiktoria jest u nas.
I do lasu bym chciała pojechać zobaczyć czy kwitną już wrzosy…

środa, 17 sierpnia 2016

rozśnieżyły się gałązki milionami płatków
rozbrzęczały owadami wieszcząc moc dostatków

zawiązały w mini pączki chłodem rozgadane
pospadają tuzinami zapadną w niepamięć

resztę smagnie deszcz kroplami zetnie zamróz z nieba
i tak mnóstwo się ostanie by w ciszy dojrzewać

rozczerwienią rozmechacą z góry miękkość spłynie
pragną radość szczęście przynieść - nieskromne brzoskwinie

jak co roku dwie mi podasz chwilą rozjędrnione
rozsmakuję się rozmarzę w słodyczy utonę.

(Autor: Jacek Suchowicz)

Kto nie je lodów, tego boli gardło – od niedzieli to zdanie Wiktoria powtarza jak mantrę.
I ma rację, w niedzielę na deser wszyscy jedli lody.
Ja nie jadłam, bo moje ulubione lody „wyszły” a nie lubię namiastki i wszelkich imitacji.
I co?
Ano wszyscy są zdrowi, tylko ja mam infekcję gardła i ogólnie dopadła mnie niemoc.
Na dodatek opryszczka rozsiadła mi się na górnej wardze rozlewając się prawie pod nos.
Wyglądam bardzo … ekologicznie, tak jak ekologiczne jabłuszka z parszywkami;(.
Nie zaległam co prawda w betach, ale snuję się po mieszkaniu jak dusza potępiona i chętnie się pokładam.
No bo jak żyć, kiedy człowiek ledwo letni a na dodatek Internet mu strajkuje, czasem łączy, ale przeważnie pokazuje środkowy palec i jest biały ekran.
A rodzinni informatycy jak co potrzebuję, to są „zarżnięci” pracą.
Dopiero jak obiecałam dobrą kolację OMW „znalazł” trochę czasu i ma dzisiaj wpaść i sprawę obadać.

Zaczęłam czytać „Pieśń Maorysów” Sarah Lark, książka wciąga, ale ciężko mi idzie czytanie, za dużo akcji i za dużo obcobrzmacych nazwisk, to nie jest
książka dla rekonwalescentów, dokończę ją czytać jak trochę stanę do pionu.
Na razie sięgnęłam po … Marię Rodziewiczównę.
Kiedy jestem stłamszona lub chora lubię czytać jej powieści.
W jej książkach odnajduję umiłowanie dobra, piękno przyrody, patriotyzm, poszanowanie dla ciężkiej pracy, uczciwości i wiele innych
wartości, które sprawiają, że człowiek ufniej spogląda w kierunku innych ludzi.
Niektórzy twierdzą, że była  to literatura dla kucharek i pokojówek!
Nic nie szkodzi, przecież gotuję i sprzątam, więc literatura jakby na moją miarę :-).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75